20.04.2024, 19:13 ✶
Podobno lekarze nie powinni leczyć i diagnozować swoich bliskich, bo łatwiej o pomyłkę. Była wściekle pewna, że dotyczyło to też diagnozowania samego siebie. Ale ostatecznie żył z tą chorobą już ponad dwadzieścia parę lat, więc prawdopodobnie wiedział dużo lepiej niż ona. Co nie znaczyło, że nie miała zamiaru odprowadzić go pod same drzwi. A potem jeszcze przez moment będzie nasłuchiwać, czy jej uszu nie dobiegnie głuchy odgłos upadającego na podłogę ciała.
Nie zamierzała jednak płakać ani pytać go rychły pogrzeb. Czasem brakowało jej wyczucia, znała jednak odrobinę dobrych manier. Nie była aż tak walnięta. Poczekała więc tylko spokojnie (i w milczeniu!) aż wypije eliksir i poczuje się na siłach do ponownego wstania z krzesła. Gotowa do reakcji, gdyby to wstanie zakończyło się ponownym tuleniem ze ścianą.
Brenna w pracy była trochę inną osobą niż Brenna w gabinecie Basiliusa, wymagająca pomocy medycznej i obie te Brenny były trochę inne od tej w sytuacjach prywatnych. Jasne, nie miała jakiegoś rozdwojenia jazni, więc te różnice sprowadzały się głównie do sposobu mówienia i drobnych gestów, ale istniały. W tej chwili, po pierwsze, Prewett ledwo co był częścią kasynowej bójki, a ona miała go przesłuchać, po drugie, był człowiekiem wymagającym pomocy, bo źle się czuł. Oczywiście, że nie paplała jak głupia, kiedy miała go przesłuchać, a on wyglądał, jakby miał zamiar zaraz zemdleć. Ale gdy już zażył ten eliksir i ruszyli na zewnątrz, jakoś ta sprawa obowiązków służbowych trochę się zatarła i Brenna odpowiedziała... no w zwykłym, brennowym stylu, gubiąc tę prawie że profesjonalną postawę sprzed paru chwil.
- Coś dziwnego? Hm... nie, chyba nie, to znaczy nic dziwniejszego niż zwykle? Wprawdzie Terry dostał dziś załamania nerwowego w kafeterii, gdy podano mu mięso w wegetariańskiej kanapce i wyprowadzałam go na korytarz całego we łzach, ale w Ministerstwie zdarzają się różne rzeczy. Dużo dziwniejsze. Na przykład wczoraj... Ale to może nie opowieść na dzisiaj - urwała, dopinając własny płaszcz, gdy wyszli na zewnątrz. Było już ciemno, mrok rozświetlał tylko blask latarni, mróz szczypał w policzki, a w żółtawym blasku wirowały płatki śniegu. Brenna odruchowo co rusz zerkała na Basiliusa, po pierwsze upewniając się, że eliksir na pewno zadziałał, po drugie, czy ten nie potknie się na lodzie, bo chodniki były śliskie. - Dlaczego pytasz? – zapytała, jeszcze nie do końca świadoma, jakie to fatum zawisło nad nimi, a przynajmniej nad Prewettem, bo dla niej ta starożytna klątwa to jednak nie było nic aż tak nadzwyczajnego… – I czujesz się na siłach odpowiadać po drodze na pytania w rodzaju „czy widziałeś, kto rzucił to zaklęcie z czarnym promieniem” czy wolisz jednak zostawić to na jutro?
Nie zamierzała jednak płakać ani pytać go rychły pogrzeb. Czasem brakowało jej wyczucia, znała jednak odrobinę dobrych manier. Nie była aż tak walnięta. Poczekała więc tylko spokojnie (i w milczeniu!) aż wypije eliksir i poczuje się na siłach do ponownego wstania z krzesła. Gotowa do reakcji, gdyby to wstanie zakończyło się ponownym tuleniem ze ścianą.
Brenna w pracy była trochę inną osobą niż Brenna w gabinecie Basiliusa, wymagająca pomocy medycznej i obie te Brenny były trochę inne od tej w sytuacjach prywatnych. Jasne, nie miała jakiegoś rozdwojenia jazni, więc te różnice sprowadzały się głównie do sposobu mówienia i drobnych gestów, ale istniały. W tej chwili, po pierwsze, Prewett ledwo co był częścią kasynowej bójki, a ona miała go przesłuchać, po drugie, był człowiekiem wymagającym pomocy, bo źle się czuł. Oczywiście, że nie paplała jak głupia, kiedy miała go przesłuchać, a on wyglądał, jakby miał zamiar zaraz zemdleć. Ale gdy już zażył ten eliksir i ruszyli na zewnątrz, jakoś ta sprawa obowiązków służbowych trochę się zatarła i Brenna odpowiedziała... no w zwykłym, brennowym stylu, gubiąc tę prawie że profesjonalną postawę sprzed paru chwil.
- Coś dziwnego? Hm... nie, chyba nie, to znaczy nic dziwniejszego niż zwykle? Wprawdzie Terry dostał dziś załamania nerwowego w kafeterii, gdy podano mu mięso w wegetariańskiej kanapce i wyprowadzałam go na korytarz całego we łzach, ale w Ministerstwie zdarzają się różne rzeczy. Dużo dziwniejsze. Na przykład wczoraj... Ale to może nie opowieść na dzisiaj - urwała, dopinając własny płaszcz, gdy wyszli na zewnątrz. Było już ciemno, mrok rozświetlał tylko blask latarni, mróz szczypał w policzki, a w żółtawym blasku wirowały płatki śniegu. Brenna odruchowo co rusz zerkała na Basiliusa, po pierwsze upewniając się, że eliksir na pewno zadziałał, po drugie, czy ten nie potknie się na lodzie, bo chodniki były śliskie. - Dlaczego pytasz? – zapytała, jeszcze nie do końca świadoma, jakie to fatum zawisło nad nimi, a przynajmniej nad Prewettem, bo dla niej ta starożytna klątwa to jednak nie było nic aż tak nadzwyczajnego… – I czujesz się na siłach odpowiadać po drodze na pytania w rodzaju „czy widziałeś, kto rzucił to zaklęcie z czarnym promieniem” czy wolisz jednak zostawić to na jutro?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.