20.04.2024, 21:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.04.2024, 21:40 przez Umbriel Degenhardt.)
Degenhardt rzucił chłodnym spojrzeniem na opadającego w dół mężczyznę. Fleja. Podłoga była brudna nie tylko w miejscu, w którym podeszwy butów kleiły mu się jak do lepu na muchy, ale i w tym, w którym upadła jego przyszła ofiara. Beznadziejna, brzydka śmierć - w kałuży czegoś rozlanego, znając szczęście takich ludzi... potencjalnie alkoholu lub szczyn. Mało poetyckie. Nieco nudne. Słyszał dźwięki. Ciężkie, nieprzyjemne dźwięki niosące ze sobą zarówno widmo śmierci, jak i wiszącą tu w powietrzu beznadziejność - coś niby dało się z tego utkać, ale nic dobrego, nic przynoszącego pełnię twórczej satysfakcji...
Ani to nie było potworne, ani prawdziwie, niezaprzeczalnie brudne. Gdyby chciał napisać brudną piosenkę, napisałby ją tak brudną, aby od jej dźwięków na plecach wszystkich wokół jeżył się każdy włosek. Napisałby piosenkę podsumowującą życie wszystkich na Ścieżkach - hymn ciasnych, zatęchłych korytarzy i martwego powietrza katakumb, beznadziejności ludzi, którzy utknęli tak głęboko, nie mieli już wyjścia, spędzali całe dni pod powierzchnią i zapomnieli, jak wygląda słońce. Ten jeden idiota, co zapomniał założyć rygiel, leżący teraz bezwładnie na deskach, odpływający w niebyt - choćby i go tu zarżnął jak świnię i wytarł jego krwią wszystkie ściany, nie stworzy z tego dzieła sztuki, a więc doczekał się pierwszego, zwyczajnego morderstwa. Nie miało przynieść mu nic, żadnej dobrej nuty. Zdenerwowało to Umbriela na tyle, aby wpierw chciał odgonić Lestrange'a jak upierdliwą muchę bzyczącą mu nad uchem kiedy on był zajęty przeżywaniem czegoś na zupełnie innym poziomie egzystencjalnym. Potrzebował więcej, ale nie mogła mu dać tego żadna słowna ani czarodziejska potyczka. Nie wiedział, gdzie i jak tego szukać.
- Kolejka do tego obsrańca została zamknięta w chwili, w której postanowił być wtyką Brygady.
Teraz już na pewno wyglądało to jak osobista zemsta na kimś, kto sprzedał detale o jego działaniach Ministerstwu. To była jakaś nowość - odkrycie w sobie, że było mu całkowicie obojętne, co ci ludzie sobie o nim myśleli. Jeżeli chcieli go mieć za potwora żądnego zemsty niech tak będzie, ale miał cień nadziei, że za rok lub dwa oprócz bycia kimś podejrzanie jak na pianistę wprawionym w sztuce zabijania, będą go mieli również za kogoś skrajnie popierdolonego, zdolnego do poświęcenia wszystkiego w imię sztuki, od której zbiera im się na wymioty.
W jego głowie czasami wciąż rozbrzmiewały słowa jego matki, że nie musi słuchać ojca i może zostać każdym. Kim tylko zechce. Wydziedziczyli go za chęć zostania dyrygentem i pobierania nauk w brytyjskich szkołach muzycznych. Ciekawe co powiedzieliby o tym, jak zgrabnie udało mu się wpleść czarnomagiczne ciągoty Degenhardtów w sztukę, której Inola i Friedrich nie potrafili zrozumieć. Niespodzianka? Wielkimi krokami mógł zbliżać się dzień, w jakim dotrze do nich, że mogli być z syna bardzo dumni.
- W ciągu trzech następnych minut zamierzam go zadusić, a później przybić go gwoździami do tej ściany - powiedział bardzo spokojnie, nie drgnąwszy nawet. Opowiadał o tym jak trochę tak, jakby przekazywał komuś informację w urzędzie - musi pan wysłać to pismo w ciągu pięciu dni roboczych, albo my wyślemy do pana wezwanie do zapłaty. - I tak jak mu coś powiesz, to się co najwyżej oślini - zauważył, na chwilę jeszcze przerzucając spojrzenie chłodnych tęczówek z Rodolphusa na szczura. A później do niego wrócił i... nie, nie zwrócił uwagi na podobieństwo w rysach twarzy. Zresztą, nawet gdyby to zrobił, ta informacja nie była mu do niczego potrzebna.
Ani to nie było potworne, ani prawdziwie, niezaprzeczalnie brudne. Gdyby chciał napisać brudną piosenkę, napisałby ją tak brudną, aby od jej dźwięków na plecach wszystkich wokół jeżył się każdy włosek. Napisałby piosenkę podsumowującą życie wszystkich na Ścieżkach - hymn ciasnych, zatęchłych korytarzy i martwego powietrza katakumb, beznadziejności ludzi, którzy utknęli tak głęboko, nie mieli już wyjścia, spędzali całe dni pod powierzchnią i zapomnieli, jak wygląda słońce. Ten jeden idiota, co zapomniał założyć rygiel, leżący teraz bezwładnie na deskach, odpływający w niebyt - choćby i go tu zarżnął jak świnię i wytarł jego krwią wszystkie ściany, nie stworzy z tego dzieła sztuki, a więc doczekał się pierwszego, zwyczajnego morderstwa. Nie miało przynieść mu nic, żadnej dobrej nuty. Zdenerwowało to Umbriela na tyle, aby wpierw chciał odgonić Lestrange'a jak upierdliwą muchę bzyczącą mu nad uchem kiedy on był zajęty przeżywaniem czegoś na zupełnie innym poziomie egzystencjalnym. Potrzebował więcej, ale nie mogła mu dać tego żadna słowna ani czarodziejska potyczka. Nie wiedział, gdzie i jak tego szukać.
- Kolejka do tego obsrańca została zamknięta w chwili, w której postanowił być wtyką Brygady.
Teraz już na pewno wyglądało to jak osobista zemsta na kimś, kto sprzedał detale o jego działaniach Ministerstwu. To była jakaś nowość - odkrycie w sobie, że było mu całkowicie obojętne, co ci ludzie sobie o nim myśleli. Jeżeli chcieli go mieć za potwora żądnego zemsty niech tak będzie, ale miał cień nadziei, że za rok lub dwa oprócz bycia kimś podejrzanie jak na pianistę wprawionym w sztuce zabijania, będą go mieli również za kogoś skrajnie popierdolonego, zdolnego do poświęcenia wszystkiego w imię sztuki, od której zbiera im się na wymioty.
W jego głowie czasami wciąż rozbrzmiewały słowa jego matki, że nie musi słuchać ojca i może zostać każdym. Kim tylko zechce. Wydziedziczyli go za chęć zostania dyrygentem i pobierania nauk w brytyjskich szkołach muzycznych. Ciekawe co powiedzieliby o tym, jak zgrabnie udało mu się wpleść czarnomagiczne ciągoty Degenhardtów w sztukę, której Inola i Friedrich nie potrafili zrozumieć. Niespodzianka? Wielkimi krokami mógł zbliżać się dzień, w jakim dotrze do nich, że mogli być z syna bardzo dumni.
- W ciągu trzech następnych minut zamierzam go zadusić, a później przybić go gwoździami do tej ściany - powiedział bardzo spokojnie, nie drgnąwszy nawet. Opowiadał o tym jak trochę tak, jakby przekazywał komuś informację w urzędzie - musi pan wysłać to pismo w ciągu pięciu dni roboczych, albo my wyślemy do pana wezwanie do zapłaty. - I tak jak mu coś powiesz, to się co najwyżej oślini - zauważył, na chwilę jeszcze przerzucając spojrzenie chłodnych tęczówek z Rodolphusa na szczura. A później do niego wrócił i... nie, nie zwrócił uwagi na podobieństwo w rysach twarzy. Zresztą, nawet gdyby to zrobił, ta informacja nie była mu do niczego potrzebna.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me