Dopóki żyli, dopóty mogli wspierać się z całych sił. Victoria zamierzała robić dokładnie to do końca swoich dni, niezależnie kiedy one nadejdą – dawać z siebie innym tyle, ile potrzebowali i ile mogła, oraz ile chciała. Nie wszystkim – tylko tym wybranym, którzy znaleźli miejsce w jej sercu, a nie była tak hojna, by zapraszać tam każdą osobę, jaką napotkała na swojej drodze. Trudno było ją zaciekawić, jeszcze trudniej oczarować, zaś ci nieliczni… wiedzieli, że jej serce jest ciepłe, pomimo chłodu, jakim emanowała na co dzień, i nie chodziło wcale o to, jak zimna była w dotyku. Te osoby, które do siebie dopuściła, karmiły ją różnymi emocjami, ale to dzięki nim kwitła, przecież byle kto nie dałby rady się do niej zbliżyć. Byle kto nie mógłby „podlać” jej uczuć, a ona nie otworzyłaby się, pokazując jakim pięknym kwiatem jest. Laurent porównywał ją do pitai, egzotycznego smoczego owocu, który kwitł tylko w nocy, Sauriel pieszczotliwie nazywał ją Różyczką (choć ostatnio tylko wtedy, gdy się zapomniał), a ona bardzo lubiła te określenia i zwykle uśmiechała się i nawet czasami potrafiła zarumienić – bo tak miłe to było. Choć sama pewnie porównałaby się właśnie do lilii, a może do datury, a najbardziej chyba do kwiatów bzu, które wieczorną porą roztaczały swój piękny zapach. Prawda jest taka, że tych czułości potrzebowała do życia, jak kwiaty wody i słońca, więc tak miło jej się dzisiaj zrobiło przy Laurencie… Ale on zawsze wiedział, jak poprawić jej humor i to bez czytania w jej myślach. Tak jak ona… wydawało jej się, że wie, jak postępować z Laurentem, który się przed nią otwierał jak liście kalatei do modlitwy.
– Dla ciebie zawsze aktualna. Powinnam jakieś mieć w zapasie, mogę ci dać – zakupy… Nie patrzyła na pieniądze, nie w ich relacji, gdy sama swoich pieniędzy nie bardzo liczyła. Tym bardziej, że kiedy wybierała się gdzieś z Laurentem, to nie wykłócała się z nim kto płaci – jeśli chciał to robić, tak jak wypadało, by to mężczyzna płacił, to ona nie miała nic przeciwko, bo mogła mu się odpłacić w inny sposób… Tylko czy w ogóle trzeba się było odpłacać? Te pieniądze nigdy w ich relacji nie grały żadnej roli. – O? Dobrze. Mam nadzieję, że trafi ci się ktoś, kto faktycznie pomoże – uśmiechnęła się, by dodać mu otuchy. Jeśli czuł, że potrzebuje… Pewnie potrzebował, fakt, wydarzenia ostatnich miesięcy musiały go przeorać. I miała nadzieję, że ten magipsychiatra faktycznie pomoże, a nie zaogni sprawę. – Mam cię zaprowadzić pod drzwi, żebyś nie miał jak uciec? – zażartowała sobie i zresztą cicho się zaśmiała. Nie mówiła tego na poważnie. Ale na pewno będzie jutro myślała nad tym, czy Laurent faktycznie poszedł. Choć krok już zrobił – zapisał się.
– A jednak teraz się zastanawiasz – zauważyła. Nie posądzałby, a jednak… Jednak jakaś nie do końca ulotna myśl mówiła, że a może, a głowa widziała w tym sens. Kiwnęła tylko głową na tego całego Notta. Może i starł się ze Śmierciożercami, ale czy mogło to być ustawione? A może coś zmieniło się później? Musiała brać pod uwagę wszystko… I pewnie i jego sprawdzić. – Od Stanleya Borgina? – upewniła się i spojrzała na Laurenta nieco dziwnie. Dziwnie, bo… Cóż. Stanley to była niezła zagadka. Co do Stanleya, to akurat miała OGROMNE wątpliwości, biorąc pod uwagę, z kim się zadawał i dlaczego był poszukiwany… Ale pewnie Laurent nie wiedział, że Stanley przestał przychodzić do pracy i że w Ministerstwie był wystawiony za nim list gończy i że ma to coś wspólnego z Beltane. Lestrange zmarszczyła brwi. Wiedziała, że Stanley żył i miał się dobrze, bo przez Sauriela wymienili listy, ale czy mógł mieć coś wspólnego z atakiem na Laurenta?
Cóż, prawda jest taka, że owszem – mógł. A to bardzo niedobrze, bo to będzie oznaczać pewien cholerny impas i złość. Bo zbliżył się do Laurenta na tyle blisko, że mógł go skrzywdzić, a na to nie zamierzała pozwalać. O ile to oczywiście faktycznie był on… Ale ten list od niego brzmiał cholernie podejrzanie.
– Tak, bardzo miło – pokiwała głową i dopaliła swojego papierosa, a następnie go zgasiła, upewniając się, że nie tli się ani odrobinę, po czym też go wyrzuciła. Korciło ją bardzo wyciągnąć różdżkę, by zmyć z siebie zapach dymu, ale nie tutaj w parku – oboje jednak ruszyli przed siebie, Laurent prowadził.
– Naprawdę, jakbyśmy się cofnęli do szkoły, ale w tym odpowiednim wydaniu – zachichotała, gdy skryci za jakimiś krzakami, jak takie dzieciaki wyrysowywali inicjały na kłódce. Byli jak te zakochane nastolatki, za nic mające szkolny regulamin, ale kierujące się jakimiś swoimi zasadami – ławka, park, papierosy, a teraz kłódka, mająca uwiecznić to kim są dla siebie wzajemnie i kim będą w przyszłości. Oboje doświadczyli taklich, a nie innych czasów szkolnych, a to mogli być właśnie oni, wtedy, wszędzie razem, nigdy osobno. Prewett zaprowadził ich nad most, gdzie zapięli tę kłódkę, oboje ucieszeni i szczęśliwi, jakby działo się coś specjalnego – może się działo.
Popatrzyli przez chwilę na rzekę i ich kłódkę, po czym Victoria złapała Laurenta pod ramię, wtulając się w niego odrobinę i poszli przed siebie, szukając jakiegoś odpowiedniego zaułka.
Wtedy, mocno trzymając Laurenta za ręce, zniknęli w mgnieniu oka, przenosząc się do Hogsmeade, na obiecane kremowe piwo.