18.12.2022, 21:08 ✶
Było w tym coś bardzo nieprzyjemnego, obrzydliwego wręcz w patrzeniu na to, jak jej własne palce uginają się pod dotykiem Bulstrode. Żołądek mimowolnie zawinął się w supeł, a młoda przyszła uzdrowicielka odwróciła spojrzenie.
Czasem jakoś łatwiej było oglądać efekty działań zaklęć i eliksirów na cudzych ciałach niż własnym. Może dlatego, ze wtedy nie przychodził strach, iż nie uda się wyleczyć nieprzyjemnych efektów? W przypadku kogoś innego… cóż, w teorii można to sprowadzić do „uda się lub nie, nie będę musiała się z tym męczyć do końca życia”. W teorii, bo oczywiście taka dość lekceważąca postawa niekoniecznie sprawdzałaby się w miejscu takim jak szpital św. Munga. Tu należało sumiennie podchodzić do obowiązków uzdrowiciela, a nie wychodzić z założenia, że „jak nie wyjdzie to ups, trudno się mówi”.
- A to nie tak, że po prostu jeszcze nie zdążyła się odpowiednio daleko posunąć? – spytała, marszcząc brwi. Nie wierzyła w to, że Daphne chciałaby się w jakikolwiek sposób powstrzymywać i ograniczać działanie czaru, skoro w ogóle sięgnęła po czarną magię, celując różdżką we własną synową. Synową! I to po tym, jak już zdążyła jej wyrządzić chyba największe świństwo, jakie można było komuś zrobić, zwłaszcza w tak delikatnej kwestii jak powiększanie rodziny.
Z przymusu nigdy nie wynikało nic dobrego.
- Dziękuję – wyrzekła cicho. Aczkolwiek trudno powiedzieć, czy rzeczywiście doceniała ofertę Bulstrode czy też jedynie zachowywała pozory grzeczności i dobrego wychowania. Za tak wyciągniętą dłoń wszak wypadało podziękować, nawet jeśli – być może – nie sięgnie się do niej. Choć to prawdopodobnie był właśnie ten przypadek – w końcu domowe brudy należało prać we własnych czterech ścianach, bez zaangażowania innych; pogląd nadal niezwykle popularny, co wychodziło bokiem tym, którzy w istocie tej pomocy potrzebowali.
Trzymała język za zębami, pozwalając uzdrowicielce pracować. W istocie, Bulstrode miała rację sądząc, iż ta raczej nie będzie ględzić i narzekać na o wiele za wolne zdejmowanie tych wszystkich klątw. Finite i już, żadna filozofia, a nie jakieś maści i dopiero wtedy zaklęcia, nie? Tyle że to nie takie proste, jak co niektórym się wydawało. Inaczej po co w ogóle tworzyć takie miejsce, jak szpital, w którym się znajdowały?
Wszak to tylko kwestia jednego tylko zaklęcia.
- Tylko laktoza – odparła, nie sądząc jednak, żeby składnik ten miał się znaleźć w eliksirze, który planowała podać Florence. I nawet się nie zastanowiła nad tym, że właściwie kolejne słowa będą nieprawdą – do tej pory traktowała swoją ciążę po macoszemu, nie dbając o nią w najmniejszym choćby stopniu, dlaczego więc miałaby przejmować się nią i teraz, skoro okazywała się być wynikiem podstępu? Z każdą kolejną chwilą los istoty, jaką w sobie nosiła, był coraz bardziej przypieczętowany, nawet jeśli nie do końca to sobie jeszcze uświadamiała – I żadnych przeciwwskazań.
Przechylała lekko głowę, ułatwiając dostęp do uszu i tym samym dokładniejsze oględziny. No normalnie wzorcowy pacjent: nie narzeka, nie wyrywa się, tylko siedzi grzecznie na dupie. Pomijając fakt przemilczenia przeciwwskazań, czego sobie na razie nawet jeszcze nie uświadamiała.
Czasem jakoś łatwiej było oglądać efekty działań zaklęć i eliksirów na cudzych ciałach niż własnym. Może dlatego, ze wtedy nie przychodził strach, iż nie uda się wyleczyć nieprzyjemnych efektów? W przypadku kogoś innego… cóż, w teorii można to sprowadzić do „uda się lub nie, nie będę musiała się z tym męczyć do końca życia”. W teorii, bo oczywiście taka dość lekceważąca postawa niekoniecznie sprawdzałaby się w miejscu takim jak szpital św. Munga. Tu należało sumiennie podchodzić do obowiązków uzdrowiciela, a nie wychodzić z założenia, że „jak nie wyjdzie to ups, trudno się mówi”.
- A to nie tak, że po prostu jeszcze nie zdążyła się odpowiednio daleko posunąć? – spytała, marszcząc brwi. Nie wierzyła w to, że Daphne chciałaby się w jakikolwiek sposób powstrzymywać i ograniczać działanie czaru, skoro w ogóle sięgnęła po czarną magię, celując różdżką we własną synową. Synową! I to po tym, jak już zdążyła jej wyrządzić chyba największe świństwo, jakie można było komuś zrobić, zwłaszcza w tak delikatnej kwestii jak powiększanie rodziny.
Z przymusu nigdy nie wynikało nic dobrego.
- Dziękuję – wyrzekła cicho. Aczkolwiek trudno powiedzieć, czy rzeczywiście doceniała ofertę Bulstrode czy też jedynie zachowywała pozory grzeczności i dobrego wychowania. Za tak wyciągniętą dłoń wszak wypadało podziękować, nawet jeśli – być może – nie sięgnie się do niej. Choć to prawdopodobnie był właśnie ten przypadek – w końcu domowe brudy należało prać we własnych czterech ścianach, bez zaangażowania innych; pogląd nadal niezwykle popularny, co wychodziło bokiem tym, którzy w istocie tej pomocy potrzebowali.
Trzymała język za zębami, pozwalając uzdrowicielce pracować. W istocie, Bulstrode miała rację sądząc, iż ta raczej nie będzie ględzić i narzekać na o wiele za wolne zdejmowanie tych wszystkich klątw. Finite i już, żadna filozofia, a nie jakieś maści i dopiero wtedy zaklęcia, nie? Tyle że to nie takie proste, jak co niektórym się wydawało. Inaczej po co w ogóle tworzyć takie miejsce, jak szpital, w którym się znajdowały?
Wszak to tylko kwestia jednego tylko zaklęcia.
- Tylko laktoza – odparła, nie sądząc jednak, żeby składnik ten miał się znaleźć w eliksirze, który planowała podać Florence. I nawet się nie zastanowiła nad tym, że właściwie kolejne słowa będą nieprawdą – do tej pory traktowała swoją ciążę po macoszemu, nie dbając o nią w najmniejszym choćby stopniu, dlaczego więc miałaby przejmować się nią i teraz, skoro okazywała się być wynikiem podstępu? Z każdą kolejną chwilą los istoty, jaką w sobie nosiła, był coraz bardziej przypieczętowany, nawet jeśli nie do końca to sobie jeszcze uświadamiała – I żadnych przeciwwskazań.
Przechylała lekko głowę, ułatwiając dostęp do uszu i tym samym dokładniejsze oględziny. No normalnie wzorcowy pacjent: nie narzeka, nie wyrywa się, tylko siedzi grzecznie na dupie. Pomijając fakt przemilczenia przeciwwskazań, czego sobie na razie nawet jeszcze nie uświadamiała.
478/1950