21.04.2024, 18:29 ✶
– Prawda – skinął głową na stwierdzenie o kwiatkach, przypominając sobie, jak kiedyś w dormitorium Krukonów niemal doszło do pożaru, bo dwóch studentów pokłóciło się na temat tego, czy rośliny w powieściach powinny być opisywane artystycznie czy też do bólu biologiczno-naukowo. Tylko cudem udało się opanować sytuację.
Zastanowił się przez chwilę nad jej słowami. Klątwy i efekty uboczne niektórych zaklęć miały ten urok, że rzadko kiedy bywały powtarzalne. Nawet coś takiego jak klątwa warzywna, zmieniającą ludzkie kończyny w... No warzywa potrafiła przybrać różne formy. Raz robiła z palców marchewki, a innym razem pora z ręki. Nie nudził się więc na pewno, ale rzeczywiście większość z jego przypadków była raczej przynajmniej łatwa do wyleczenia i nieszczególnie stawiająca jakieś wyzwania. A potem zdarzało się coś takiego, co można byłoby opisać w książce pod tytułem Straszne historie o tym czemu nie powinno się studiować magimedycyny.
– Niby tak, ale nie powiedziałbym, że mogę narzekać na nudę – stwierdził w końcu. I w sumie nie ważne ile by nie narzekał na te mniej przewidywalne przypadki, to chyba zwariowałby gdyby ich nie miał.
– Tak? W którym departamencie? ‐ spytał zaciekawiony, bo sam przecież już od Hogwartu wiedział, co chciał robić i tego planu się trzymał. A Geraldine... Raczej ciężko było mu ją sobie wyobrazić w eleganckiej szacie rodem z najbardziej biurokratycznych zakamarków Ministerstwa.
Czy było u niego ciekawiej? Wziął do ręki szklankę i upił niewielkiego łyka. Pił powoli. Miły wieczór miłym wieczorem, ale on jutro miał pracę, więc wołał nie szaleć za bardzo. Hah... To chyba był dobry komentarz na temat tego, czy było u niego ciekawiej.
– Powiedzmy, że na razie skupiam się na rozwoju zawodowym – powiedział w końcu. No bo o czym miał mówić? Że poza pracą chodzi do kasyna? O książkach, które czytał w wolnym czasie?
Zastanowił się przez chwilę nad jej słowami. Klątwy i efekty uboczne niektórych zaklęć miały ten urok, że rzadko kiedy bywały powtarzalne. Nawet coś takiego jak klątwa warzywna, zmieniającą ludzkie kończyny w... No warzywa potrafiła przybrać różne formy. Raz robiła z palców marchewki, a innym razem pora z ręki. Nie nudził się więc na pewno, ale rzeczywiście większość z jego przypadków była raczej przynajmniej łatwa do wyleczenia i nieszczególnie stawiająca jakieś wyzwania. A potem zdarzało się coś takiego, co można byłoby opisać w książce pod tytułem Straszne historie o tym czemu nie powinno się studiować magimedycyny.
– Niby tak, ale nie powiedziałbym, że mogę narzekać na nudę – stwierdził w końcu. I w sumie nie ważne ile by nie narzekał na te mniej przewidywalne przypadki, to chyba zwariowałby gdyby ich nie miał.
– Tak? W którym departamencie? ‐ spytał zaciekawiony, bo sam przecież już od Hogwartu wiedział, co chciał robić i tego planu się trzymał. A Geraldine... Raczej ciężko było mu ją sobie wyobrazić w eleganckiej szacie rodem z najbardziej biurokratycznych zakamarków Ministerstwa.
Czy było u niego ciekawiej? Wziął do ręki szklankę i upił niewielkiego łyka. Pił powoli. Miły wieczór miłym wieczorem, ale on jutro miał pracę, więc wołał nie szaleć za bardzo. Hah... To chyba był dobry komentarz na temat tego, czy było u niego ciekawiej.
– Powiedzmy, że na razie skupiam się na rozwoju zawodowym – powiedział w końcu. No bo o czym miał mówić? Że poza pracą chodzi do kasyna? O książkach, które czytał w wolnym czasie?