Zazdrość. Opera dla prawdziwie zakochanych, a czasami tych niezakochanych wcale. Pragnących tylko, żeby coś było ich, mylących zauroczenie i żądze z miłością. Laurent potrafił odróżnić je doskonale - a Isaac? Łatwo mówić o miłości, kiedy nie znało się na wskroś człowieka siedzącego przed tobą. Łatwo było też się zauroczyć kilkoma wspólnymi chwilami, które obfitowały w doznania. Pleść czar, który mógł zostać rozplątany tylko zręcznym dotykiem palców - te grubiańskie nie mogły pomóc, zerwałyby więź dopiero powstającą, która nie raz i nie dwa nie miała szans dotrzeć do końca. Więc - zazdrość, tak. Uczucie zdrowe tylko do pewnego stopnia. Za łatwo przekraczalnego stopnia. Na ustach blondyna pojawił się lekki uśmiech po pytaniu o tę zazdrość puszczonym w eter. Z przyjemnością przyjął jego dotyk i równie chętnie odchylił dla niego lekko szyję przymrużając oczy.
Naprężyły się jego mięśnie, poruszył się pod dotykiem jego ust i wyciągnął w końcu ręce, żeby opleść je za Isaaciem. Rozchylił usta, z których wydobyło się westchnienie. Szeptał mu do ucha, przelewał słowa i próbował je nakryć słodkim miodem. Mamił i wodził. Laurent rozchylił powieki, skupiając się na słowach. Wiedział, do czego to zmierza, bo przecież to była najprostsza droga manipulacji mężczyznom - przez jego pragnienia, przez te wspomniane żądze, przez ciało prosto do serca, a od serca prosto do umysłu. Niech sądzi, że ta przyjemność wcale nie zmieniła jego decyzji, bo pragnął więcej. Tak, to było przyjemne... ale Laurent nie lubił mieszać prywaty z interesami, a Isaac miał do niego interes i chciał go wziąć bardzo podstępnym sposobem z włosem.
Pacnął rękę Isaaca, która miała go objąć - delikatnie, ale dając znać, żeby dalej się nie zapuszczał. Palce drugiej dłoni oparł na jego klatce piersiowej i odsunął go od siebie na niekoniecznie odpowiednią odległość, ale taką, która pozwalała mu spojrzeć na jego twarz. I jemu pozwalał się przyjrzeć jemu. Na policzkach miał rumieńce, usta lekko rozchylone, włosy zmierzwione. Tak, Isaac zdecydowanie potrafił pobudzać. Miałoby to o wiele bardziej zmysłowy wygląd, gdyby nie to, że Laurent cicho parsknął śmiechem. To, w jaki sposób Bagshot wypowiedział "będziemy drukarzami" brzmiało niemal jak erotyczne wyznanie kochanka.
- Praca drukarza brzmi doprawdy jak wielka zbrodnia, panie Bagshot. - Odsunął dłoń z jego klatki piersiowej, żeby przejechać palcami po swoich wargach. - Zrobimy tak, Isaacu. - Zarzucił obie ręce za jego kark, uśmiechając się pod nosem. - Teleportujesz mnie do miejsca, z którego mnie zabrałeś tutaj. Wtedy ja dam ci odpowiedź i dowiesz się, czy powierzyłeś komuś nieznajomemu część kontroli nad swoim życiem ze świadomością, że jeśli coś mi się nie spodoba to będę mógł się wycofać. Jak ci się podoba ta wizja? - Laurent wolał zachować ostrożność i trzymać karty po swojej stronie, skoro już siadali do gry. Nawet jeśli miało to być małe zabezpieczenie to nie chciał grać va bank. Nie w swojej obecnej sytuacji życiowej. Lubił strzelać i zgadywać zachowania ludzi, ale tutaj nie potrafił niczego przewidzieć. Isaac zaś zdecydowanie nie był taki niewinny, na jakiego wyglądał. Ale pod tym względem byli chyba siebie warci.