21.04.2024, 20:27 ✶
Walczył z całych sił o to, aby zachować w miarę rozsądny balans między życiem prywatnym a zawodowym, jednak nie było to wyjątkowo łatwe. Szpital chyba dalej dochodził do siebie po tym, jak musiał w maju oddelegować część pracowników do pomocy rannym po Beltane, więc starali się trzymać wielu medyków w gotowości na wypadek kolejnego ataku. A to oznaczało dłuższe dyżury i więcej pracy.
Zwłaszcza dla stażystów, którzy mieli w gruncie rzeczy bardzo mało praw, a całą masę obowiązków, jeśli faktycznie chcieli utrzymać swoją pozycję. U Camerona ograniczony czas objawił się między innymi tym, że zaczął poważnie zastanawiać się nad tym, czy nie powinien opuścić szeregów klubu podróżniczego. I tak w ostatnim czasie nie miał czasu na udzielenie się na spotkaniach. A te kilka dodatkowych godzin w tygodniu mogłoby mu się obecnie bardzo przydać.
— W twoim wypadku to może oznaczać wczesny poranek — obruszył się.
Przy obecnym trybie życia nawet przez myśl by mu nie przeszło, żeby wyczekiwać na brata do czwartej nad ranem. On też musiał odpocząć. Cameron sięgnął po mrożony jogurt, jednak po zaledwie dwóch łyżeczkach odłożył go na bok. Pytanie brata nieco zbiło z tropu, jednak... Był w stanie mu to wybaczyć. Rodzice chyba też nie byli pewni, jak interpretować jego zachowanie w domu i dyskretne komentarze na temat ostatniego balu, na jaki wybrał się z panną Wood.
— Już się oświadczyłem. Parę dni temu. Na imprezie — odparł z ciężkim westchnieniem, przerzucając przy tym zwiniętą serwetkę z jednej dłoni do drugiej. — Rodzice... Chyba wiedzą? My... Ja... Coś tam powiedzieliśmy, ale nie wiem, czy wzięli to na poważnie. Albo nie chcą sobie robić nadziei. — Uśmiechnął się krzywo pod nosem. — Za to gazety od razu zrozumiały, bo zrobiłem to publicznie. — Na jego twarz wstąpił grymas, jakby niedawna trauma próbowała wedrzeć mu się do głowy. — Na imprezie, na której nie powinno mnie być. Wśród nadzianych czarodziejów. A potem zemdlałem.
To dopiero musiało być przerażające i wspaniałe. W tej kolejności. Zarówno dla niego, jak i Heather. Nigdy się tak nie bał, jak wtedy gdy padł przed Rudą na kolana, aby zadać jej to znamienne pytanie. Uratował niegdyś znajomą przed Śmierciożercami, walczył z dziką wiedźmą w lasach Doliny Godryka podczas Beltane, na co dzień pracował w szpitalu, widząc najróżniejsze dramaty, a i tak bał się tego, czy nie zostanie odrzucony. Nic dziwnego, że akceptacja wywarła na nim tak duże wrażenie. Cameron pokręcił powoli głowę, odcinając się od swoich wewnętrznych rozważań.
— Nie wiem, co mam robić dalej. Powaga — rzucił do brata, odkładając serwetkę na tacę ze swoim posiłkiem. — O-ona... Ona nawet nie dostała ode mnie prawdziwego pierścionka, t-tylko drewnianą n-n-nakrętkę. Chciałem, żeby było bardziej kameralniej, ale myślałem, że nas w-w-wyrzucą... — Wziął głęboki oddech, co by się nie zapowietrzyć. — I w sumie, to nie wiem, co pary robią dalej. A ty... Masz chyba większe doświadczenie? Przynajmniej życiowe.
Kłamstwo. Z całego rodzeństwa Cedric był najprawdopodobniej najspokojniejszy, a Cameron najdzikszy. Ich ścieżki życiowe, chociaż podobne pod względem zawodowym, dalej były zupełnie inne, jednak starszy Lupin zdawał się lepiej zorientowany w tym, jak powinno wyglądać ''dorosłe'' i ''poważne'' życie. Jaki miałby być teraz następny krok?
Zwłaszcza dla stażystów, którzy mieli w gruncie rzeczy bardzo mało praw, a całą masę obowiązków, jeśli faktycznie chcieli utrzymać swoją pozycję. U Camerona ograniczony czas objawił się między innymi tym, że zaczął poważnie zastanawiać się nad tym, czy nie powinien opuścić szeregów klubu podróżniczego. I tak w ostatnim czasie nie miał czasu na udzielenie się na spotkaniach. A te kilka dodatkowych godzin w tygodniu mogłoby mu się obecnie bardzo przydać.
— W twoim wypadku to może oznaczać wczesny poranek — obruszył się.
Przy obecnym trybie życia nawet przez myśl by mu nie przeszło, żeby wyczekiwać na brata do czwartej nad ranem. On też musiał odpocząć. Cameron sięgnął po mrożony jogurt, jednak po zaledwie dwóch łyżeczkach odłożył go na bok. Pytanie brata nieco zbiło z tropu, jednak... Był w stanie mu to wybaczyć. Rodzice chyba też nie byli pewni, jak interpretować jego zachowanie w domu i dyskretne komentarze na temat ostatniego balu, na jaki wybrał się z panną Wood.
— Już się oświadczyłem. Parę dni temu. Na imprezie — odparł z ciężkim westchnieniem, przerzucając przy tym zwiniętą serwetkę z jednej dłoni do drugiej. — Rodzice... Chyba wiedzą? My... Ja... Coś tam powiedzieliśmy, ale nie wiem, czy wzięli to na poważnie. Albo nie chcą sobie robić nadziei. — Uśmiechnął się krzywo pod nosem. — Za to gazety od razu zrozumiały, bo zrobiłem to publicznie. — Na jego twarz wstąpił grymas, jakby niedawna trauma próbowała wedrzeć mu się do głowy. — Na imprezie, na której nie powinno mnie być. Wśród nadzianych czarodziejów. A potem zemdlałem.
To dopiero musiało być przerażające i wspaniałe. W tej kolejności. Zarówno dla niego, jak i Heather. Nigdy się tak nie bał, jak wtedy gdy padł przed Rudą na kolana, aby zadać jej to znamienne pytanie. Uratował niegdyś znajomą przed Śmierciożercami, walczył z dziką wiedźmą w lasach Doliny Godryka podczas Beltane, na co dzień pracował w szpitalu, widząc najróżniejsze dramaty, a i tak bał się tego, czy nie zostanie odrzucony. Nic dziwnego, że akceptacja wywarła na nim tak duże wrażenie. Cameron pokręcił powoli głowę, odcinając się od swoich wewnętrznych rozważań.
— Nie wiem, co mam robić dalej. Powaga — rzucił do brata, odkładając serwetkę na tacę ze swoim posiłkiem. — O-ona... Ona nawet nie dostała ode mnie prawdziwego pierścionka, t-tylko drewnianą n-n-nakrętkę. Chciałem, żeby było bardziej kameralniej, ale myślałem, że nas w-w-wyrzucą... — Wziął głęboki oddech, co by się nie zapowietrzyć. — I w sumie, to nie wiem, co pary robią dalej. A ty... Masz chyba większe doświadczenie? Przynajmniej życiowe.
Kłamstwo. Z całego rodzeństwa Cedric był najprawdopodobniej najspokojniejszy, a Cameron najdzikszy. Ich ścieżki życiowe, chociaż podobne pod względem zawodowym, dalej były zupełnie inne, jednak starszy Lupin zdawał się lepiej zorientowany w tym, jak powinno wyglądać ''dorosłe'' i ''poważne'' życie. Jaki miałby być teraz następny krok?