Nie domyślała się. W zasadzie, to… tak nie bardzo chciała o tym myśleć. Była przekonana, że kiedy chodziło o Aidana, wiedziała wystarczająco dużo, aby mieć na jego temat konkretne zdanie. Wyrobić sobie opinię? Nie potrzebowała niczego więcej. Parkinson zbyt wiele razy zdołał jej się pokazać z tej nie najlepszej strony. Nie tylko w ostatnim czasie. Oczywiście to nie tak, że był całkowicie skreślony, ale… wyglądało na to, że pewien dystans był w tym przypadku zwyczajnie wskazany. Ta znajomość musiała mieć ustalone granice.
- Tutaj nie ma czego się domyślać. – uparcie brnęła więc dalej, nie zamierzając słuchać tego, co mogliby powiedzieć na ten temat inni. Nie tylko blondyn, choć z nim akurat miała przyjemność właśnie przebywać. Rozmawiać. Nie wiedział jak wyglądało tamto spotkanie. Całe to zajście, które miało miejsce pod sklepem. Nie powinien więc się wtrącać. Chyba, że chciał usłyszeć coś więcej na temat tego, w jaki sposób poradziła sobie z dziennikarzem. Bo tak po prawdzie, to nawet trochę była z siebie dumna. Nieźle mu przyłożyła, jak na kogoś, kto się na tym w ogóle nie znał.
Skinęła głową, kiedy jej pogratulował, bo i ona nie widziała sensu w tym, aby mówić na ten temat więcej; aby się nad tym rozwodzić. Zwłaszcza, że Renigald przyszedł tutaj w konkretnym celu. Powinni zająć się sprawą zaręczyn. Wreszcie się tego problemu pozbyć.
Na tym też po chwili się skupili.
- Jak będą za bardzo wybredni, to zostaniesz starym kawalerem. – przewróciła oczyma, komentując to w jaki sposób na ich zaręczyny zareagowali rodzice blondyna. W zasadzie, to nie spodziewała się w tym przypadku niczego innego. Wiedziała z kim ma tutaj styczność. Zdawała sobie sprawę, że akurat Malfoyowie mieli dość… radykalne spojrzenie na kwestie czystości krwi. – Tak tylko ostrzegam. Ponoć po 30 już ciężko znaleźć żonę. Zwłaszcza taką, która nie byłaby wariatką.
Nie brzmiała przy tym ani trochę poważnie. Nie była poważna. Bo przecież nie było to coś, do czego powinni byli podejść na poważnie. Ślub z Renigaldem nie był czymś, na czym jej zależała; czymś co Penny planowała. Mogła więc sobie trochę z tego powodu pożartować. Sama nie musiała za bardzo przejmować się tym, jak zareagują rodzice. Co sobie pomyślą. Czy się zezłoszczą. Miała dużo szczęścia. Trafiła jej się wspierająca matka i ojciec, który by zapewne ukręcił Renigaldowi łeb, jeśli tylko ten skrzywdziłby jego dziecko. Na ten moment obydwoje zaufali Penny. Przyjęli do wiadomości, że wszystko jest w porządku. Zapewnili też, że w razie problemów może liczyć na ich wsparcie.
- Myślę, że byłyby w tym przypadku dwie opcje. Albo cały ten ślub byłby zorganizowany na bogato, pełen przepychu… - w końcu w jakiś sposób należało odwrócić uwagę od nie dość dobrego pochodzenia panny młodej. A to byłby jakiś sposób. – albo po cichu, w tajemnicy przed innymi. To drugie jest zresztą chyba bardziej prawdopodobne. Musielibyśmy uciec z Londynu, a Ty na dokładkę przyjąłbyś panieńskie nazwisko mojej matki. Wiesz, po to żeby nas nie znaleźli. – chwilę się nad tym zastanawiała, nad swoją odpowiedzią, tworząc w głowie scenariusz idealnie wręcz nadający się na tandetne romansidło, w którym to dwoje zakochanych ucieka przed gniewem rodziny mężczyzny. Może zamiast tworzeniem przedmiotów o szczególnych właściwościach powinna się zająć pisarstwem? Pomysłów jej najwyraźniej nie brakowało.