• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme

[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#4
22.04.2024, 12:16  ✶  
All that we see
All that we seem
Is but a dream within a dream
Dream

Od kiedy pszczoły nosiły czerwone ubarwienie w białe kropki? Od kiedy mówiły i odwiedzały go w pracowni? W magicznym świecie dziw co rusz, ale tutaj cała magia rozgrywała się w umyśle Esmé. Nie było pszczół o niezwykłych kolorach, a jedynie wrażenie. Wrażenie, jakby jedna z nich chodziła mu właśnie po skórze, a on z zaciekawieniem się jej przyglądał. Nikt nie chciał zabijać pszczół, były pożyteczne, piękne i stosunkowo niegroźne. Nikt również nie chciał zostać użądlonym. Rowle nie chciał też jej zganiać, bo chociaż minimalne ryzyko było, tak sama obserwacja należała do przyjemnych. Rzadko je widywał, a tym rzadziej na samym sobie. A kto wie czy jego cierpliwość i uwaga nie zostaną nagrodzone miodem, słodkim nektarem, który będzie mógł spić.

Z nijakim wyrazem twarzy przyglądał się jak kobieta zagląda do gabloty, naiwnie wierząc, że ogląda produkty znajdujące się za szkłem. Istniały znacznie lepsze miejsca, by podziwiać swoją urodę, niż ukryta w półmroku pracownia kaletnicza, toteż nawet na myśl mu nie przyszedł narcyzm, jakim nieznajoma jawnie emanowała w tamtej chwili. A niektórzy właśnie wybierali takie miejsca, by ich uroda błyszczała. Kontrastujące. Obrzydliwie nijakie, by ich nietuzinkowe piękno wydawało się jeszcze bardziej niecodzienne.

Całe szczęście Esmé żył w błogiej nieświadomości. A gdyby był świadom? Nieszczególnie by mu to przeszkadzało. Dlaczego miałoby? Koniec końców - był widzem, był obserwatorem. Niezależnie od powodu mógł cieszyć się widokiem blondynki, której mógł nigdy nie ujrzeć, gdyby nie ta jej egocentryczna strona osobowości.

Uniósł brew, po czym cicho prychnął rozbawiony. Natychmiast jednak spoważniał, jakby bardziej był rozbawiony w idei, niż w rzeczywistości. Przechylił głowę nieco na bok, by ponownie omieść wzrokiem kobietę - tym razem szybko, przelotnie, jakby upewniając się, że wygląda tak, jak ją widział kilka sekund temu.

- Bez urazy, jednak brakuje pani naprawdę wiele, by stać się moim koszmarem. - od kiedy koszmary były tak pociągające? - Ale bardzo niewiele, by być moim marzeniem sennym. - uśmiechnął się nieznacznie, zupełnie ignorując dosyć niebezpieczne słowa nieznajomej. Pozornie ignorując. Ostrzeżenie jakie zawisło w jej wypowiedzi nie umknęło kaletnikowi, lecz w pogoni za wrażeniami... dlaczego miałby odrzucać te negatywne? Doceniał, że ryzyko od razu się pojawiło. Zaskakujące jak w kilka słów od razu rozumieli zasady tej zabawy. Zabawy, którą wyczuł Esmé, ale czy Ona? Równie dobrze mógł zakładać zbyt wiele, wysnuwając wnioski za daleko. Ale to przecież było jego powtarzającą się cechą - podążanie za dedukcją o krok dalej, niż powinien. - Niezależnie, ułuda mnie nie satysfakcjonuje. - bo koniec końców, czy to był sen, czy koszmar, tak był tylko i wyłącznie fikcją. Te słowa padły sucho, bez zbędnych uczuć, które nie pojawiły się tak w tonie, jak i mimice, podkreślając... powagę? A może surową Prawdę?

Tak, znów to wrażenie jakby pszczoła zmierzała wzdłuż jego ręki. Nie mógł wiedzieć co jej chodzi po głowie, ale przyglądał się, gotów zostać użądlonym. Blondynka pogrywała w jakąś gierkę z nim. Nie rozumiał dlaczego, co ją skłoniło do tego, by akurat on stał się obiektem zabaw, skoro siedział praktycznie ukryty w swej pracowni na Nokturnie. Za ladą, pochłonięty pracą. Zupełnie przeciętny, jeżeli nie wnikać głębiej. Przypadek? Te przecież nie istniały. Nie wierzył, że zjawiła się tutaj przypadkiem, że ten dobry humor jakim emanowała był naprawdę powodem, dla którego postanowiła wejść i zagaić. W powietrzu unosiła się ledwie wyczuwalna woń intencji. Niejasnych intencji - może nawet obojga wobec siebie. Rowle potrafił uszanować takie chwile. Uświęcić je. Nie gonił za Prawdą, bo ta prędzej czy później i tak sama się obnażała. Mógł pozwolić tej sytuacji rozwijać się, wybrzmiewać.

Niczym statua stał oparty o ladę i przyglądał się jej. Jak gargulec chroniący zamku, podążał za nią wzrokiem, ale nie poruszał się. Różnych miewał klientów, jednak ten... był specyficzny. Mało kto przychodził do niego i był aż tak nieprecyzyjnym, tak mało... skupionym na produkcie, a tak bardzo na rzemieślniku. Nie zamierzał psuć tej zabawy, nawet jeżeli powoli zaczynał rozumieć, że kobieta się nim bawi. Uśmiechnął się do siebie. On też się sobą właśnie bawił. Łączyło ich tak wiele.

Uniosła ten absurdalny kapelusz nieco wyżej, najpewniej zupełnie świadomie odkrywając kolejne karty, by rzemieślnik mógł zrozumieć więcej. Albo zupełnie odwrotnie - mniej. Karty mogły odwracać uwagę od sedna sztuczki, niczym iluzjonista wykonujący wymachy rękoma, by ukryć wypadającego asa z rękawa. Rowle nie czuł powodu, by w tych chwilach nie być po prostu naiwnym. Cena. Gotów był ją zapłacić, bo wiedział, że zmuszona będzie zapłacić ją również nieznajoma, jeżeli podaży za nią dalej. Niezależnie kim była. A chociaż był domyślny, tak ujrzenie szalenie błękitnych oczu nie szepnęło mu, że może mieć do czynienia z Laurentem, lecz obleczonym w kobiecość. Przecież nigdy by nie zadrwił sobie w ten sposób z jego Prawdy, prawda? Przecież nie był gotów na cenę Prawdy, więc dlaczego miałby być gotów ponieść tę Fałszu i Prawdy?

Zabawne, ale chociaż nie podejrzewał jej o bycie Laurentem, tak z nieskrywaną satysfakcją przyglądał się jej teraz, mając ledwo zauważalny uśmiech na twarzy, myśląc sobie, że jest jak Laurent, ale będący kobietą. Jego odpowiednik w świecie płci pięknej. Przynajmniej z urody. Ta krótka wymiana słów wskazywała, że w kwestii osobowości... może być równie ciekawie.

Nikogo innego, co?

Odepchnął się rękoma od lady, zwinnym ruchem ręki porywając olbrzymi kapelusz z jej głowy. Bezczelnie, bo przy okazji nieco potargał jej włosy. Kapelusz zaraz znalazł się na jego własnej czuprynie, zaś on bez słowa przeszedł obok blondynki, nie spoglądając na nią. Jego puste spojrzenie skupione było teraz na popielniczce znajdującej się na stoliku, przy którym również stały skórzane fotele. Jeden z nich odsunął daleko, obracając go w stronę lady, a zatem i w stronę nieznajomej. Zasiadł na nim, wyciągając z kieszeni spodni papierośnicę i mosiężną zapalniczkę. Zaraz rozpalony papieros znajdował się w jego ustach, a cała ta czynność nosiła w sobie znamiona rytuału, który Esmé opanowany miał do perfekcji. Do tego stopnia, że głupie wyciągnięcie papierosa z papierośnicy emanowało gracją, wręcz perfekcją i stylem.

Wrócił do niej wzrokiem, wciąż mając jej kapelusz na głowie. Siedział wygodnie w fotelu, jakby... była wynajętą tancerką, która zaraz miała rozebrać się, ocierając o niego. Jednak nagle wstał, stanął blisko, bardzo blisko naprzeciwko, by dłonią wolną od papierosa... zagarnąć na bok kilka zmierzwionych przez niego kosmyków włosów ze skupieniem nie mniejszym, niż to jakim obdarzał rękojeść miecza, gdy blondynka dopiero zawitała do jego skromnego przybytku. Patrzył... jakby na całą jej twarz, lecz dało się dostrzec moment, w którym wpadł do jeziora. Jego ciemne spojrzenie napotkało błękit, w który patrzył i... patrzył. Wskazujący palec lewej dłoni oparł pod jej brodą, by zaraz unieść ją nieco wyżej, zbliżając też swoją twarz bliżej. Z boku mogło to wyglądać jak próba pocałunku, ale nieznajoma musiała być świadoma, że on... próbuje zaglądnąć w nią. Że ustawił sobie jej oczy lepiej, jakby naprawdę zaglądał gdzieś wewnątrz niej, gdzieś w nią.

Z równie beznamiętnym wyrazem twarzy odsunął się, wracając do fotela, by znów w nim zasiąść, tym razem opierając kostkę jednej nogi na kolanie drugiej. Pociągnął porządnie dymu, nim uśmiechnął się, przyglądając blondynce tak, jakby była dziełem sztuki, nad którym kontemplował.

- Jestem w stanie stworzyć skórę, która będzie dobrze wyglądać i bez pani ciała. - zaczął nieco cwaniacko, ale przecież kochał swoje rzemiosło i wcale nie kłamał. - Jestem też w stanie stworzyć skórę, która sprawi, że pani ciało będzie wyglądać lepiej niż... - tutaj obrócił dłonią z papierosem, jakby chciał coś podkreślić. Obrócił nią kilka razy, nim dokończył wypowiedź. - ... zwyczajnie "dobrze". - wziął kolejny mach papierosa, mrużąc nieco oczy, przyglądając się jej dalej. Właściwie - od dłuższego czasu jego wzrok był prawie na jej wyłączność. - Zrozumiem niedowierzanie. Przy pani urodzie ciężko wyglądać lepiej. A jednak w tym zapomnianym przez Boga miejscu, tworzę rzeczy, które wynoszą piękno na piedestał. - to było dla niego najistotniejsze. Cokolwiek stworzył, tak miało to służyć ludziom. Nie wierzył w uniwersalne piękno i w uniwersalną prawdę. Każdy twór był dopasowany do klienta, by nie odwracać uwagi od niego, zachwycając swoją własną estetyką, lecz podkreślić piękno posiadacza. Nawet jeżeli ten nie był zbyt urodziwy. Wszak Esmé był ekspertem w znajdowaniu piękna tam, gdzie inni widzieli brzydotę. I chciał być tym, który uwydatniał to piękno, otwierał innym oczy na nie. Wystarczyło trochę pyłu rzemiosła. Jego wypowiedź obdarzona była arogancją, na jaką było go stać i na jaką, według niego, zasługiwał. Wiele dumy jaką posiadała jego persona oparte było o rzemiosło, którym się parał. To ono częściej definiowało jego wartość, niż cokolwiek innego.
- Jeżeli miałbym puścić wodze fantazji i wyobrazić sobie panią piękniejszą, niż teraz... - zamarł z papierosem obok ust. Milczał, patrząc niby na nią, a jednak oczywistym było, że nie patrzy na nią wcale. - ...tak, byłoby to w skórze o równie śmiałej barwie. Krwista czerwień. Albo nie, biel i srebro. Biel... i... srebro... mhm. - mówił powoli, właściwie to głośno myślał, a teraz uśmiechnął się do siebie całkiem szeroko, znajomo jak dla Laurenta. - Krótka kurtka. Biel i srebro. Kończąca się na wysokości talii, bardzo cienka, z podszyciem o... kontrastującym kolorze. Ma dusza mi szepcze, że kontrasty do pani pasują. Biel i srebro, a podszycie... - jego wzrok błysnął, znów się uśmiechnął szerzej. - Czarne. Jak podniebienie jarczuka. - i już rozchylił usta, by snuć dalej projekt, lecz nagle popiół z jego papierosa spadł mu na spodnie. Ocknął się, zwinnie strzepnął z siebie popiół, a jego twarz nabrała tego samego nijakiego wyrazu, co wcześniej. Skupienie również wróciło.
- Czy panią w ogóle interesuje skóra, czy tylko moja opinia? - rzucił zupełnie bez wagi w tych słowach, chociaż spojrzenie wskazywało na swego rodzaju oskarżenie, które wystosował wobec niej. Wydmuchnął zaraz spora chmurę dymu, który teraz wżerał się bezlitośnie w kapelusz, który znajdował się na jego głowie.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (8810), Laurent Prewett (8394)




Wiadomości w tym wątku
[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 05.04.2024, 17:00
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 06.04.2024, 19:51
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 06.04.2024, 21:07
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 22.04.2024, 12:16
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 23.04.2024, 20:49
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 16.05.2024, 05:09
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 16.05.2024, 08:10
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 02.08.2024, 06:08
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 11.08.2024, 14:26

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa