Powiedzieć, że to nie była najlepsza noc w życio Victorii, to jak nie powiedzieć nic. Musiała zadbać o to, żeby ewakuowano stąd Caina, bo nie nadawał się do niczego w zasadzie, przeszkadzałby tylko, zaszkodziłby sobie – bo już pal licho jej bezpieczeństwo, chodziło tutaj o niego. Nic więc dziwnego, że jej niewysoka sylwetka, stojąca nad brzegiem jeziora tego ranka, wydawała się być taka… oderwana. Cała w czerni – w charakterystycznym mundurze aurora, ciężkich wiązanych butach, z rozpuszczonymi, niemalże czarnymi włosami… Oddelegowano ją do sprawdzenia co takiego ciekawego było na wyspie, którą było stąd widać, a którą interesował się Bagshot. Żeby jako przedstawiciel Ministerstwa zobaczyła to na własne oczy, a może przypilnowała tych, którzy mieli się udać wraz z nią… I czekała na tym brzegu na innych, aż się wszyscy zbiorą, dość niecierpliwie, bo kilka razy zerknęła na zegarek.
Nie, nie była w najlepszym humorze. Robiła właśnie którąś z kolei nadgodzinę, już nawet nie liczyła, była tu sama bez swojego partnera, bała się o jego zdrowie, a na domiar złego ten przeklęty Bagshot się nie znalazł, nie było tu żadnych żywych trupów, coś dziwnego działo się z aurami, i coraz bardziej zastanawiała się, czy ten historyk faktycznie w przerażeniu do tego jeziora nie wbiegł. Jedyne co ją cieszyło to to, że wszyscy mugole zostali stad ewakuowani i przynajmniej nie musieli się już kryć z używaniem magii.
Miała mocne spojrzenie i twarz pobawioną uśmiechu, dziś chłodną, może nawet nieprzystępną – ale była w pracy i nie był to spacerek. Przywitała się ze wszystkimi ledwie widocznym skinieniem głowy, a uśmiech przeciął jej twarz dopiero, gdy zobaczyła Laurenta. To, że tutaj był to… dobrze. I źle jednocześnie – bo zwyczajnie się o niego martwiła. O Geraldine martwić się nie musiała, wiedziała, że kobieta sobie poradzi nie ważne co, z Esme nie widziała się chyba od czasu szkoły i nie wiedziała o nim w tym momencie zbyt wiele, a Perseus… Był medykiem, co mogło się przydać, zaś to, że poruszał się o lasce… Mogło stanowić pewien problem, ale żadnych swoich wątpliwości na głos nie powiedziała. Nie okazała ich w stosunku do Perseusa czy Esme nawet żadną zmarszczką na czole.
– Wszyscy – powiedziała sucho, po czym ruszyła na molo, przechodząc aż do jego końca, gdzie zacumowane były łódki. To wtedy je zauważyła – martwe ciała ryb, smętnie dryfujące na wodzie, nieprzyjemny zapach zgnilizny i rozkładu. To sprawiło, że zawahała się na moment, ale był to tylko ułamek sekundy. – Czy ktoś potrzebuje pomocy z łódką? Albo z wejściem? – zapytała po prostu i obróciła się do reszty, marszcząc brwi dopiero wtedy, gdy Laurent zwrócił się do Perseusa. Coś widział? Utkwiła to surowe spojrzenie na Perseusie.