23.04.2024, 00:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.04.2024, 09:47 przez Anthony Shafiq.)
Skinął głową na znak, że rozumie i nie zamierzał kontynuować tego tematu, przynajmniej na razie dając nabrzmieć ciszy między nimi. Dając pola do delikatnych dzwonków unoszących się wraz z odprowadzającymi ich magicznymi błękitnymi świecidełkami, które po dojściu do śpiącego smoka rozpierzchły się znów po całym korytarzu i osiadły blisko ściany nie będącej oknem, tworząc rzeczywiście aurę tajemniczej pieczary oświetlonej tylko fluorescencyjnymi kryształami. Rzeźby i pozostałe artefakty nabrały niepokojących kształtów i cieni. Czy była to nowa fiksacja? Och nie! Choć nie spotykali się zbyt często, Erik znał doskonale słabość gospodarza do smoków. Oraz niechęć do obrazów, czy zdjęć. Nigdzie przez cały korytarz, którym przecież Anthony musiał przechadzać się dość często, gdy bywał tutaj w lecie, nigdzie nie było ani jednej fotografii, twarzy. Nic. Tylko smocze paszcze.
– Dla zbłąkanych owieczek jest pole na dole. – odpowiedział mu krótko, unikając kontaktu wzrokowego, koncentrując się na zadaniu. Z jednej strony trochę go ignorował, ale też dawał tym do zrozumienia, że Erik może zająć się sobą, że może odejść bez cienia zażenowania, ogrzać się i wstępnie osuszyć. Że może czuć się swobodnie. Nikt z resztą podczas używania łazienki go nie niepokoił, a zgodnie ze słowami Anthony'ego prysznic był rzeczywiście bardzo wygodny w użytkowaniu. Przestronny, z murowaną kabiną i wodnymi biczami zapewniającymi rozluźnienie zmęczonym mięśniom.
Krótkie przeszukiwaanie szafek nie dało oczekiwanego efektu. Wyposażenie było zaskakująco ubogie, można powiedzieć ascetyczne. Białe ręczniki, bezwonne mydło i czerwony olej pachnący znajomo żywicą. Do tego złożona w aksamitnym woreczku brzytwa, wiśniowy grzebień. I czarna yukata spoglądająca nań z pikowanego, kremowego szezlongu ustawionego przy drzwiach. Czy leżała tutaj, kiedy wchodził do środka? Musiał ją przegapić.
Kiedy wyszedł z łazienki, w pokoju panowała inna, niż po pierwszym wejściu do środka, atmosfera. Przede wszystkim było cieplej. Zdecydowanie cieplej. We wcześniej wygaszonym kominku obecnie trzaskały pieńki smagane ogniem, okno zaś niosące wieczorny chłód było w końcu zamknięte, szczelnie zasłonięte nieruchomymi już storami. Zaścielone łóżko pozbawione zostało wierzchniej kapy oraz leżącego jedwabnego kimona, podobnie sprzątnięte zostały porozrzucane nuty. Pojawiło się też coś nowego: niewielki stoliczek na kółkach, na którym spoczywały dwa zakryte srebrnymi kopułami talerze, oraz na dolnym blacie równie połyskująca patera z niewielkimi ciastkami o wymyślnych kształtach, idealnymi na jeden kęs.
Na stole zamiast jednego kieliszka stały obecnie dwa, oba w równym stopniu napełnione czerwonym trunkiem. Stał też pojedynczy talerz z zupą, która pachniała... bardzo znajomo. Pachniała Malwowym rosołem, przepisem wyjątkowo dolinogodryckim, wyjątkowo longbottomowym, na wszelkie choróbska i inne infekcje górnych dróg oddechowych. Talerz zdawał się świeżo napełniony, niemalże wrzący i czekał na kogoś, kto zasiądzie w pustym fotelu.
A drugim bowiem, tym bliżej rogu sypialni, siedział zajęty lekturą gospodarz. Wydawał się w pierwszej chwili zupełnie nie zauważyć obecności Erika, faktu, ze opuścił już łazienkę. Wydawał się nie słuchać jego gderania na strój, wydawał się w pełnym skupieniu kończyć rozdział, stronę, linijkę... Dopiero potem podniósł na niego stalowy wzrok, obniżając głowę tak by móc zlustrować go w pełni znad pozłacanych oprawek swoich okularów. Zamknął książkę i na okładkę odłożył cienkie szkła. Podniósł się i podszedł do wciąż lekko parującego po ciepłym prysznicu mężczyzny z kieszeni wyciągając bawełniany, długi pas w kolorze tym samym co yukata. Obi, pas który miał być pasem do kompletu, a nie kawałkiem sznurka pozostawionym w łazience, zaszeleścił przesuwany w jego dłoniach. W milczącym skupieniu, nie patrząc na czerwoną z zażenowania twarz, objął Erika w pasie raz, potem drugi, oplatając go równomiernie, pozostawiając z przodu niewielki fragment, który miał zwieńczyć węzeł. Poprawił poły odzienia, wygładził nierówności, pociągnął dłuższe zakończenie i w kilku wprawnych ruchach dokończył coś, co niewprawne europejskie oko mogłoby nazwać "fikuśną kokardką", choć jak na kokardę była mniej odstająca i miała tylko jedno ucho. Na koniec energicznie obrócił pas tak, aby węzeł znalazł się na lędźwiach drugiego mężczyzny. Smukłymi palcami wyłapał pomocniczy sznurek i szybko poradził sobie z nim, zabierając kawałek niewygodnej juty na powrót do własnej kieszeni. Wtedy dopiero zrobił krok do tyłu i odetchnął, trzaskając stawami dłoni, a na bladej twarzy pojawił się uśmiech, niosący ze sobą pewien posmak psoty.
– Teraz. Teraz wyglądasz absurdalnie mój drogi. – skwitował głosem tak słodkim, jakby mówił mu, że jest idealnie, tylko Erik się przesłyszał. Potem odwrócił się, by wrócić na swoje miejsce i zaprosić go do dołączenia przy stoliczku, któremu daleko było do jadalnianego stołu w Dolinie. – Proszę, jedz póki ciepłe. Jagnięcina trzymana jest w dobrej kondycji podgrzanymi naczyniami, ale to nie potrwa długo, a muszę Ci się przyznać, że przez te wszystkie zapachy sam zgłodniałem. – Zamiast zupy, pozostało mu wino, z którego skwapliwie skorzystał, choć z pewnością daleko mu było do zachłanności Erika z ostatnich godzin. – Uprzedzając Twe obawy, w Dolinie sądzą, że ten rosół jest dla mnie z powodów porannych joggingów zaleconych mi przez trenera – podparł łokieć o blat, a głowę złożył na swojej dłoni, przypatrując mu się uważnie ze swojej strategicznie obranej pozycji.
Tymczasem pod spokojną, życzliwą powłoką gotował się nie mniej niż Erik i aż dziw, że sam nie siedział tutaj pozbawiony języka, zarumieniony jak ów jagnięcy comber czekający pod srebrną sferą. Chciał pytać, chciał wiedzieć, chciał drążyć i poznać powód, szczególnie, że cztery tygodnie temu jego gość odmówił mu tej przyjemności wspólnego zjedzenia kolacji w ramach podziękowania za swoje światłe wskazówki. Cztery tygodnie temu Erik był oschły, szorstki jak tani ręcznik po piątym praniu. Dziś było inaczej, choć wciąż wyczuwał jego defensywną postawę, której nie mógł zrozumieć. Wiedział, że miał za mało danych, więc nie naciskał. Połowę swojej energii spalał na to, by milczeć, by dać zjeść biedakowi, dać mu zagrzać nie tylko skórę i mięśnie, ale też trzewia zmaltretowane jakimś barachłem z Pokątnej i bogowie wiedzieli jak podłym alkoholem. Trochę liczył, że Erik sam zacznie mówić, trochę obawiał się tego momentu. Palcami gładził okładkę książki, czekając na odpowiedni moment. Mieli czas, w końcu wilk sam skrył się w jego pieczarze.
– Dla zbłąkanych owieczek jest pole na dole. – odpowiedział mu krótko, unikając kontaktu wzrokowego, koncentrując się na zadaniu. Z jednej strony trochę go ignorował, ale też dawał tym do zrozumienia, że Erik może zająć się sobą, że może odejść bez cienia zażenowania, ogrzać się i wstępnie osuszyć. Że może czuć się swobodnie. Nikt z resztą podczas używania łazienki go nie niepokoił, a zgodnie ze słowami Anthony'ego prysznic był rzeczywiście bardzo wygodny w użytkowaniu. Przestronny, z murowaną kabiną i wodnymi biczami zapewniającymi rozluźnienie zmęczonym mięśniom.
Krótkie przeszukiwaanie szafek nie dało oczekiwanego efektu. Wyposażenie było zaskakująco ubogie, można powiedzieć ascetyczne. Białe ręczniki, bezwonne mydło i czerwony olej pachnący znajomo żywicą. Do tego złożona w aksamitnym woreczku brzytwa, wiśniowy grzebień. I czarna yukata spoglądająca nań z pikowanego, kremowego szezlongu ustawionego przy drzwiach. Czy leżała tutaj, kiedy wchodził do środka? Musiał ją przegapić.
Kiedy wyszedł z łazienki, w pokoju panowała inna, niż po pierwszym wejściu do środka, atmosfera. Przede wszystkim było cieplej. Zdecydowanie cieplej. We wcześniej wygaszonym kominku obecnie trzaskały pieńki smagane ogniem, okno zaś niosące wieczorny chłód było w końcu zamknięte, szczelnie zasłonięte nieruchomymi już storami. Zaścielone łóżko pozbawione zostało wierzchniej kapy oraz leżącego jedwabnego kimona, podobnie sprzątnięte zostały porozrzucane nuty. Pojawiło się też coś nowego: niewielki stoliczek na kółkach, na którym spoczywały dwa zakryte srebrnymi kopułami talerze, oraz na dolnym blacie równie połyskująca patera z niewielkimi ciastkami o wymyślnych kształtach, idealnymi na jeden kęs.
Na stole zamiast jednego kieliszka stały obecnie dwa, oba w równym stopniu napełnione czerwonym trunkiem. Stał też pojedynczy talerz z zupą, która pachniała... bardzo znajomo. Pachniała Malwowym rosołem, przepisem wyjątkowo dolinogodryckim, wyjątkowo longbottomowym, na wszelkie choróbska i inne infekcje górnych dróg oddechowych. Talerz zdawał się świeżo napełniony, niemalże wrzący i czekał na kogoś, kto zasiądzie w pustym fotelu.
A drugim bowiem, tym bliżej rogu sypialni, siedział zajęty lekturą gospodarz. Wydawał się w pierwszej chwili zupełnie nie zauważyć obecności Erika, faktu, ze opuścił już łazienkę. Wydawał się nie słuchać jego gderania na strój, wydawał się w pełnym skupieniu kończyć rozdział, stronę, linijkę... Dopiero potem podniósł na niego stalowy wzrok, obniżając głowę tak by móc zlustrować go w pełni znad pozłacanych oprawek swoich okularów. Zamknął książkę i na okładkę odłożył cienkie szkła. Podniósł się i podszedł do wciąż lekko parującego po ciepłym prysznicu mężczyzny z kieszeni wyciągając bawełniany, długi pas w kolorze tym samym co yukata. Obi, pas który miał być pasem do kompletu, a nie kawałkiem sznurka pozostawionym w łazience, zaszeleścił przesuwany w jego dłoniach. W milczącym skupieniu, nie patrząc na czerwoną z zażenowania twarz, objął Erika w pasie raz, potem drugi, oplatając go równomiernie, pozostawiając z przodu niewielki fragment, który miał zwieńczyć węzeł. Poprawił poły odzienia, wygładził nierówności, pociągnął dłuższe zakończenie i w kilku wprawnych ruchach dokończył coś, co niewprawne europejskie oko mogłoby nazwać "fikuśną kokardką", choć jak na kokardę była mniej odstająca i miała tylko jedno ucho. Na koniec energicznie obrócił pas tak, aby węzeł znalazł się na lędźwiach drugiego mężczyzny. Smukłymi palcami wyłapał pomocniczy sznurek i szybko poradził sobie z nim, zabierając kawałek niewygodnej juty na powrót do własnej kieszeni. Wtedy dopiero zrobił krok do tyłu i odetchnął, trzaskając stawami dłoni, a na bladej twarzy pojawił się uśmiech, niosący ze sobą pewien posmak psoty.
– Teraz. Teraz wyglądasz absurdalnie mój drogi. – skwitował głosem tak słodkim, jakby mówił mu, że jest idealnie, tylko Erik się przesłyszał. Potem odwrócił się, by wrócić na swoje miejsce i zaprosić go do dołączenia przy stoliczku, któremu daleko było do jadalnianego stołu w Dolinie. – Proszę, jedz póki ciepłe. Jagnięcina trzymana jest w dobrej kondycji podgrzanymi naczyniami, ale to nie potrwa długo, a muszę Ci się przyznać, że przez te wszystkie zapachy sam zgłodniałem. – Zamiast zupy, pozostało mu wino, z którego skwapliwie skorzystał, choć z pewnością daleko mu było do zachłanności Erika z ostatnich godzin. – Uprzedzając Twe obawy, w Dolinie sądzą, że ten rosół jest dla mnie z powodów porannych joggingów zaleconych mi przez trenera – podparł łokieć o blat, a głowę złożył na swojej dłoni, przypatrując mu się uważnie ze swojej strategicznie obranej pozycji.
Tymczasem pod spokojną, życzliwą powłoką gotował się nie mniej niż Erik i aż dziw, że sam nie siedział tutaj pozbawiony języka, zarumieniony jak ów jagnięcy comber czekający pod srebrną sferą. Chciał pytać, chciał wiedzieć, chciał drążyć i poznać powód, szczególnie, że cztery tygodnie temu jego gość odmówił mu tej przyjemności wspólnego zjedzenia kolacji w ramach podziękowania za swoje światłe wskazówki. Cztery tygodnie temu Erik był oschły, szorstki jak tani ręcznik po piątym praniu. Dziś było inaczej, choć wciąż wyczuwał jego defensywną postawę, której nie mógł zrozumieć. Wiedział, że miał za mało danych, więc nie naciskał. Połowę swojej energii spalał na to, by milczeć, by dać zjeść biedakowi, dać mu zagrzać nie tylko skórę i mięśnie, ale też trzewia zmaltretowane jakimś barachłem z Pokątnej i bogowie wiedzieli jak podłym alkoholem. Trochę liczył, że Erik sam zacznie mówić, trochę obawiał się tego momentu. Palcami gładził okładkę książki, czekając na odpowiedni moment. Mieli czas, w końcu wilk sam skrył się w jego pieczarze.