Ah, jakże błogi był to wypad. Każda chwila spędzona w tym ośrodku była dla Esmé czystą przyjemnością. Rozkoszował się wszelkimi emocjami, którymi obrywał raz za razem, nawet nie próbując zastanawiać się czym to spowodowane. Poszukiwania zaginionego mężczyzny traktował... jak atrakcję. Brakowało mu tej powagi, jaką właściwie powinien przybrać przy tak poważnej sprawie. Nie znał go, nie przyjaźnił się z nim, ten człowiek nic dla niego nie znaczył, a on z Ministerstwem i całą strukturą magiczną miał tyle wspólnego, co skaja ze skórą. Ale jednak miło byłoby go znaleźć, uratować, coś osiągnąć. Niestety, wybrakowany emocjonalnie nie potrafił podchodzić do tego bardziej jak do wyzwania.
Na molo zjawił się jako ostatni, nieśpiesznie stukając po nim swoimi ciemnobrązowymi półbutami, które gdzieniegdzie przetarte były do odcienia jasnego brązu. Takiej samej barwy był pasek z prostokątną, srebrną klamrą zdobioną grawerem ćmy. Pasek ten przytrzymywał ciemne spodnie jeansowe, chociaż ledwo go było widać, bo opadała na niego luźno zarzucona, biała koszula z krótkim rękawem, której guziki były rozpięte o jeden za daleko, niżeli byłoby to gustowne.
Popalał papierosa, rozglądając się po zebranych. Powoli omiatał zbiorowisko wzrokiem, zdając sobie sprawy, że dwóch osób zupełnie nie zna. Zatrzymał się kilka kroków od wszystkich i z zaskakująco zadowolonym uśmiechem przyglądał się Laurentowi.
Jest i moja perełka. Mój anioł stróż.
- Zachwycający jak zawsze. - rzucił bardziej do siebie i podszedł bliżej Prewetta, stając naprzeciwko niego, uśmiechając się... zaskakująco normalnie. Naturalnie. W pełni. - Dobrze Cię widzieć, Laurent. - rzucił i wcisnął papierosa w usta, przenosząc wzrok na Geraldine. Szyderczy uśmieszek sam pchał mu się na usta, gdy stał z nią tutaj między ludźmi, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby na tym molo nic się nie wydarzyło między nimi. Nigdy.- Oh, i moja przeurocza Bogini Łowów. - podszedł bliżej, by zaraz zająć zupełnie nieświadomie miejsce u jej boku. - Może jednak w tych wodach nie żyją trytony. - rzucił do niej, spoglądając na taflę wyjątkowo ponurej wody.
- Z państwem się nie znam. - przesunął wzrokiem po kobiecie i mężczyźnie z laską, by zaraz wydmuchnąć dym gdzieś na bok i lekko skłonić się. Karykatura kultury osobistej. Oczywiście kojarzył ich, wiedział że ich kojarzy, najpewniej ze szkoły, ale... to było dawno temu. Dla Esmé zbyt dawno, by aktualny on znał Ich.
- Esmé Rowle, podrzędny rzemieślnik z Nokturnu. - i uśmiechnął się... podejrzanie. Jakby to przedstawienie było istnym elementem jakiejś pułapki, w którą chciał ich zaprowadzić.
Ruszył wzdłuż molo, by bez ceremoniałów... wejść na łódkę, nie zważając na smród i zdechłe ryby. Stanął szeroko, obniżając swój środek ciężkości, by ta się nie obróciła i wystawił rękę, by pomóc komukolwiek wejść na "pokład", kto chciał.
- Zapraszam na łajbę. - rzucił całkiem melodyjnie. Miał naprawdę dobry humor jak na niego. Doskonale się bawił, a przecież nic się jeszcze nie wydarzyło. Jakie życie było piękniejsze, gdy dało się je odczuwać. Nawet jeżeli właśnie kierował się ku zagrożeniu, nawet jeżeli wokół śmierdziało niemiłosiernie, a zdechłe ryby wyglądały tak bardzo obrzydliwie. Jak... wiele zmieniały emocje i uczucia.