Laurent widział ją w różnych wydaniach, ale chyba nigdy, gdy jej cierpliwość była napiętą niteczką gotową zerwać się przy mocniejszym podmuchu wiatru – taka bywała właśnie w pracy, zwłaszcza wtedy, gdy nie miała zbyt wiele odpoczynku, jak tej nocy, gdy śniadanie miała skromne i gdy nic nie wskazywało na to, że to wszystko szybko się skończy. Ba, przewidywała, że w pracy „posiedzi” jeszcze długo. Nie podobał jej się zuchwały uśmieszek Esme, nie podobała jej się ta… niemalże napięta atmosfera kręcąca się wokół tej czwórki, a gdy Laurent w jakiś taki instynktowny sposób „schował” się za jej plecami (co musiało wyglądać śmiesznie, zważywszy na jej wzrost), to poczuła się w obowiązku, żeby go bronić. Nic się nie zmieniło, nie w niej. Była taka jak zawsze… tylko, że taka jak zawsze w pracy, gdy sytuacja była taka, a nie inna.
Uniosła wyżej brwi, w odpowiedzi na stwierdzenie Esme, że ich nie zna – i rzuciła mu takie mocno powątpiewające spojrzenie. Aż tak bardzo od czasu szkoły się nie zmieniła… chyba. Za to od maja było o niej na tyle głośno, że nie była pewna, czy Esme sobie kpi, czy żyje pod kamieniem. Dlatego nim się odezwała, zmierzyła go wzrokiem.
– Najwyraźniej na Nokturnie łatwo o amnezję – rzuciła cicho. – Victoria Lestrange, jeśli zapomniałeś – nie raczyła powiedzieć o sobie nic więcej, bo chyba naprawdę nie trzeba było. Że była w mundurze aurora, z charakterystyczną klamrą na pasku – było widać, że nazywali ją Zimną i rozpisywali się o różnych bzdurach w gazetach na jej temat – też wiedziała, bo regularnie wywracała na to oczami.
Wysłuchała tego, co miał do powiedzenia Perseus, nie przerywając mu tej historii. Zgadzało się to z tym, co już wiedziała, ale sposób, w jaki opisał widzenie aur, był pomocny. To był niezwykły dar, i wszystko wskazywało na to, że zniósł to sto razy lepiej od jej partnera.
– Pokrywa się to z moimi informacjami – dodała i kiwnęła głową, i sama gotowa była złapać Perseusa, gdy ten zachwiał się niebezpiecznie, lecz sobie poradził – całe szczęście. Poczekała, aż Laurent bezpiecznie usadowi się w łódce i skorzystała z jego zaproszenia, gdy wyciągnął do niej dłoń – łapiąc go pewnym uściskiem, po czym usiadła obok niego i wyciągnęła różdżkę, kładąc ją sobie na kolanach i uśmiechnęła się nieznacznie, gdy przemówił.
– Przede wszystkim jestem tutaj w pracy z ramienia Ministerstwa i mamy zaginionego człowieka, to już oficjalne śledztwo – a ona była tutaj jedynym przedstawicielem Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Co prawda mogła przymknąć na coś oko… ale na pewno nie zamierzała tolerować, by ktoś wchodził jej w drogę albo podważał kompetencje. Wiedziała, że Geraldine woli pracować sama, ale to nie było prywatne polowanie na smoka, tylko poszukiwania zaginionego czarodzieja, które prowadziło Ministerstwo. – Bagshot w środku nocy dość rozpaczliwie zgłosił, że na terenie ośrodka widział żywe trupy, ale ani nie ma nieumarłych, ani historyka – wolała, by to wybrzmiało teraz i jakie okoliczności temu towarzyszyły, żeby za chwilę nie było zdziwienia. – Proponuję użyć magii, a nie wiosłować niepotrzebnie – dodała, gotowa rzucić odpowiednie zaklęcie. Nie było powodu, by tych kilka kilometrów tutaj wiosłowali i już zmęczeni wysypali się na brzeg tamtej wyspy – nie wiadomo co tam na nich czekało…