Naprawdę nigdy nie próbował? Ginevra przekrzywiła lekko głowę, trochę na kocią modłę, przyglądając się Samuelowi pod innym kątem, jakby chciała zobaczyć światło inaczej rozbijające się na jego skórze, niedostrzegalne wcześniej rzeczy, ulatujące z niego myśli – ale nic takiego nie miało miejsca, ona po prostu zastanawiała się nad nim. Nad tym, że nie bardzo próbował nowych rzeczy, że nie był nauczony, by wychodzić ze swojej strefy komfortu, do której wręcz chciał uciekać. Cokolwiek się stało, Berenika bardzo swojego syna skrzywdziła, nie to, że umyślnie, jednak pod jej wpływem stało się coś, co teraz rzutowało na jego życie, zwłaszcza gdy najpierw zabrakło ukochanej matki, a teraz ukochanego miejsca na ziemi, które miało zwłaszcza wartość sentymentalną – tak przynajmniej zaczynała uważać Guinevere, ale to były ledwie bardzo powierzchowne, pierwsze wnioski.
– Spróbuj. Próby nie oznaczają jeszcze pewnych zmian, ledwie otwarcie się na inne opcje, a te nie muszą ci wcale pasować, ale nie dowiesz się, póki nie zobaczysz sam – powiedziała spokojnie, przyglądając mu się całkowicie bez krępacji, choć on odwrócił teraz wzrok. – Potrafisz się teleportować? – wypaliła nagle ni z tego, ni z owego. – Zawsze możesz używać sieci Fiuu – nie chciała wierzyć, że nagle odległość miałaby być problemem. Dla czarodzieja? Przecież to nie był żaden problem spać w jednym miejscu, pracować w drugim, odwiedzać trzecie… Na bogów, pokonała tysiące kilometrów, by pracować w Wielkiej Brytanii, jej obóz archeologiczny był w Walii, a jednak co kilka dni wracała pod Londyn do dziadków, by mieć ich na oku, skoro już była na miejscu.
– To piękny dar, rzeźbić w drewnie – stwierdziła, słuchając co miał jej do powiedzenia, czym chciał się podzielić, opowiedzieć o sobie, nawet jeśli były to małe rzeczy, ledwie podstawy, skoro dopiero mieli okazję się poznać. Chciała zapytać kiedy jego matka… odleciała? Ginny zamrugała, uderzona nagłą prostotą tych słów, to było jakby zabrakło jej tchu po nagłym trzaśnięciu w mostek, tyle że ona po prostu instynktownie wstrzymała oddech. Odeszła, odleciała… Nie było jej. To nie powinno tak być, a jednocześnie przed oczami stanęły jej obrazy tamtego dziwacznego snu, lasu, ptaka, pisklęcia zostawionego samemu sobie – i nie powstrzymała się, po prostu znowu wyciągnęła do Sama ręce, by tym razem złapać go za dłonie i delikatnie pogładzić knykcie.
– Brat twojego dziadka wraz ze swoją żoną. Siostra dziadka uczy w Hogwarcie – uściśliła szybko, bo nie całe rodzeństwo Roberta się zajmowało Ostoją. – Opiekują się, tak. Przygarniają zwierzęta, zapewniają im takie specjalne miejsca, jakby to były ich naturalne warunki życia i mogą tam być spokojne, nienękane przez nikogo. Ale wokół jest dużo łąk i lasu, co prawda nie takiego jak ta Knieja, ale tam też żyją jakieś zwierzęta. Jest taki niuchacz, który regularnie zakrada się do domu, nazywa się Brylancik – paplała dalej, a niestety Ginny jak się rozgadała, to potrafiła nawijać trochę jak Brenna, jeśli Sam szukał jakiegoś porównania. – Mógłbyś, oczywiście – zaśmiała się mrużąc oczy, widząc jego podekscytowanie. – Nic nie musisz zabierać, chyba że bardzo chcesz, to możesz jakieś figurki, które robisz. Mój dziadek kocha sowy, wiesz? Ma na strychu całą sowiarnię, babcia mówi, że na starość głupieje – ale babcia mówiła to żartobliwie, a sowy czarodziejów były niesamowite. – Jakie zwierzęta tam są… Najróżniejsze, naprawdę. I magiczne i takie zupełnie zwyczajne też. Nie widziałam takich najgroźniejszych i gigantycznych – powiedziała w zamyśleniu. To nie był rezerwat smoków, ani żaden inny rezerwat, a ostoja dla zwierząt. Ale było to miejsce, gdzie te zwierzęta faktycznie miały wytchnienie i było im dobrze.
– Znikają naprawdę, czy po prostu je od siebie odsuwasz, a później podejście do nich jest trochę łatwiejsze? – dla niej to wyglądało jak ucieczka… od problemów, od samego siebie, jakby nikt go nigdy nie nauczył jak sobie z takimi rzeczami radzić. Ale wszystko można było wypracować, tylko nie od razu rzucać się na głęboką wodę, a pomału, pomalutku, małymi kroczkami. Jedna nóżka, druga nóżka, stop, jedna nóżka i tak dalej. – Jakie poczucie niższości, kochanie? Nie masz powodu, by czuć się gorszy czy mniej warty od innych – powiedziała czule i naprawdę miała to na myśli. Skąd to poczucie niższości? Ta niepewność o myśli innych? – Mimo wszystko nie jesteśmy zwierzętami, nawet jeśli potrafimy przywdziać ich skórę – miał w sobie tyle dziecięcej niepewności i ciekawości… I nie chodził do szkoły, na to wyglądało, ale zdolność animagii opanował bezbłędnie. – Ja też nie skończyłam Hogwartu, jeśli to cię pocieszy. Zobaczyłam go niedawno pierwszy raz z daleka, widać go z Hogsmeade. Chciałbyś zobaczyć? – zapytała i znowu po kociemu przekrzywiła głowę. Co prawda skończyła szkołę, lecz inną i nie mogła się utożsamiać z czarodziejami z Anglii pod tym względem. Ale coś niecoś słyszała o tej szkole (i nadal uważała, że Uagadou było po stokroć lepsze, bo uczyło ważniejszych rzeczy).
– Och… rozumiem. Ale myślę, że to taka osoba, która i tak po prostu chciałaby ci pomóc, wiesz? Przyjaciele od tego są, nawet jeśli mają dużo na głowie – i rodzina też do tego była, ale na to był jeszcze czas, skoro od tej rodziny był odcięty. Małe kroczki… – Chodź, pójdziemy do niej, może będzie chciała z nami pójść, a może ty będziesz mnie musiał oprowadzić po Dolinie Godryka – zażartowała i przymrużyła oczy, uśmiechnąwszy się znowu. I ponownie wyciągnęła do niego rękę, na zachętę.