24.04.2024, 03:50 ✶
Ambrosia była mistrzynią uderzania głową w ścianę, zarówno w sensie metaforycznym, jak i dosłownym, ale zwykła nie praktykować tego drugiego aspektu w obecności innych ludzi. Szczególnie nie tych, których kochała całym sercem, a Millie z pewnością się do takich osób zaliczała.
Nigdy nie potrafiła przyznać się do tego typu słabości, bo była to ta z rodzaju rozdzierających trzewia i przenikającego bólu, którego źródła nie dało się w stanie wskazać w fizycznym sensie. Nienawidziła tego odcienia rozpaczy, który splatał się ciasno, w jakiejś pokrętnej bliskości kochanków z absolutną pustką. W takich momentach, kiedy nie dało się znaleźć źródła beznadziejności, najłatwiej było samemu go stworzyć i zdarzało jej się poddać tej pokusie, kiedy wydawało jej się że niżej nie może upaść.
Wiedziała, że Millie wie. Że siedem lat temu rozpadła się na kawałki, stając się bardziej cieniem samej siebie i nigdy potem już nie była taka sama. Ból nigdy nie zniknął, a nawet jeśli teraz był nieodczuwalny na co dzień, to gdyby tylko poświęciła odrobinę czasu i rozejrzała się po swoim wnętrzu, Rosie zobaczyłaby tam rozwieszone po kątach jego pajęczyny.
Gdyby Millie znała arkana przeglądania przeszłości, kuzynka mogłaby posądzić ją o doświadczenie jakiejś wizji, nakładającej się niczym filtr na aktualną sytuację. Mogłaby z przekąsem uznać, że żółte oczy patrzą na nią przez chwilę oczami jej matki, która kiedy stróżka czerwonej posoki kreśliła jej twarz, ujęła jej policzki w dłonie, by w opiekuńczym geście ująć jej bólu zdradzonej kochanki.
Stuknięcie w stolik było wystarczające by zogniskować jej rozlatane myśli i ująć trochę poczuciu zagubienia. To dawało więcej miejsca na coś o wiele bardziej znajomego; na irytację, na złość, na uśmiechnięcie się z przekąsem. Przekręciła głowę, przytulając policzek do powierzchni stolika, przyjemnie chłodnej i kojącej, a zielone spojrzenie utkwiła w twarzy brunetki.
Przez moment przyglądała jej się w posępnej ciszy, ale jej twarz mówiła wszystko - absolutnie jej się to nie podobało. Traktowała wróżbiarstwo jako swoją pasję, ale miała wrażenie, że do kart podchodzi dość specyficznie - wymagała od nich konkretnych rzeczy i pewnego posłuchu. Lubiła, kiedy karmiły jej złudzenia, pokazując to co chciała zobaczyć. Nie lubiła przegrywać, ale nie tylko w głupich gierkach czy życiowych sytuacjach, ale także w rozmowach z talią, z którą nawet nie miała się jak kłócić. Wtasowana karta wyskakiwała ponownie, jak przeklęta, kłócąc się z nią co i rusz. W takich sytuacjach często stosowała system karnej talii, co sprowadzało się do tego, ze wyjmowała gagatka z aktualnie używanego stosiku i wrzucała go do innego, żeby jej nie przeszkadzał.
Ale to teraz na stole to nie były jej karty i nie rozmawiała na osobności. To był rozkład Mills, który kół ją w oczy, podsumowywał w nieprzyjemny sposób i w ogóle był absolutnie bezczelny, kiedy ona tutaj miała złamane serce. Niby nic nowego od siedmiu lat, ale na Matkę - po co tak bezpośrednio.
- Dobra kurwa, nie - wyprostowała się jak struna w pewnym momencie. - Taki chuj - zawyrokowała, wyciągając ręce i cały ten rozkład burząc paroma prostymi ruchami rąk. Nie chciała na te karty patrzeć w tym rozkładzie, ale szczerze, to to jej wystarczyło. Millie mogła nawet dokończyć jej tę całą tyradę, ale przynajmniej nie patrzyły na nią już oczy Arcykapłanki i Pustelnika. A jak nie zapamiętała to cóż - trudno się mówi. Uśmiechnęła się, całkiem z siebie już zadowolona.
Nigdy nie potrafiła przyznać się do tego typu słabości, bo była to ta z rodzaju rozdzierających trzewia i przenikającego bólu, którego źródła nie dało się w stanie wskazać w fizycznym sensie. Nienawidziła tego odcienia rozpaczy, który splatał się ciasno, w jakiejś pokrętnej bliskości kochanków z absolutną pustką. W takich momentach, kiedy nie dało się znaleźć źródła beznadziejności, najłatwiej było samemu go stworzyć i zdarzało jej się poddać tej pokusie, kiedy wydawało jej się że niżej nie może upaść.
Wiedziała, że Millie wie. Że siedem lat temu rozpadła się na kawałki, stając się bardziej cieniem samej siebie i nigdy potem już nie była taka sama. Ból nigdy nie zniknął, a nawet jeśli teraz był nieodczuwalny na co dzień, to gdyby tylko poświęciła odrobinę czasu i rozejrzała się po swoim wnętrzu, Rosie zobaczyłaby tam rozwieszone po kątach jego pajęczyny.
Gdyby Millie znała arkana przeglądania przeszłości, kuzynka mogłaby posądzić ją o doświadczenie jakiejś wizji, nakładającej się niczym filtr na aktualną sytuację. Mogłaby z przekąsem uznać, że żółte oczy patrzą na nią przez chwilę oczami jej matki, która kiedy stróżka czerwonej posoki kreśliła jej twarz, ujęła jej policzki w dłonie, by w opiekuńczym geście ująć jej bólu zdradzonej kochanki.
Stuknięcie w stolik było wystarczające by zogniskować jej rozlatane myśli i ująć trochę poczuciu zagubienia. To dawało więcej miejsca na coś o wiele bardziej znajomego; na irytację, na złość, na uśmiechnięcie się z przekąsem. Przekręciła głowę, przytulając policzek do powierzchni stolika, przyjemnie chłodnej i kojącej, a zielone spojrzenie utkwiła w twarzy brunetki.
Przez moment przyglądała jej się w posępnej ciszy, ale jej twarz mówiła wszystko - absolutnie jej się to nie podobało. Traktowała wróżbiarstwo jako swoją pasję, ale miała wrażenie, że do kart podchodzi dość specyficznie - wymagała od nich konkretnych rzeczy i pewnego posłuchu. Lubiła, kiedy karmiły jej złudzenia, pokazując to co chciała zobaczyć. Nie lubiła przegrywać, ale nie tylko w głupich gierkach czy życiowych sytuacjach, ale także w rozmowach z talią, z którą nawet nie miała się jak kłócić. Wtasowana karta wyskakiwała ponownie, jak przeklęta, kłócąc się z nią co i rusz. W takich sytuacjach często stosowała system karnej talii, co sprowadzało się do tego, ze wyjmowała gagatka z aktualnie używanego stosiku i wrzucała go do innego, żeby jej nie przeszkadzał.
Ale to teraz na stole to nie były jej karty i nie rozmawiała na osobności. To był rozkład Mills, który kół ją w oczy, podsumowywał w nieprzyjemny sposób i w ogóle był absolutnie bezczelny, kiedy ona tutaj miała złamane serce. Niby nic nowego od siedmiu lat, ale na Matkę - po co tak bezpośrednio.
- Dobra kurwa, nie - wyprostowała się jak struna w pewnym momencie. - Taki chuj - zawyrokowała, wyciągając ręce i cały ten rozkład burząc paroma prostymi ruchami rąk. Nie chciała na te karty patrzeć w tym rozkładzie, ale szczerze, to to jej wystarczyło. Millie mogła nawet dokończyć jej tę całą tyradę, ale przynajmniej nie patrzyły na nią już oczy Arcykapłanki i Pustelnika. A jak nie zapamiętała to cóż - trudno się mówi. Uśmiechnęła się, całkiem z siebie już zadowolona.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror