Drukowanie papieru zdecydowanie brzmiało jak ta wielka zbrodnia, więc Laurent przesunął palcami po włosach Isaaca, a potem zrobił ruch sugerujący, że zamierza się obrócić na krześle z powrotem do stołu i swojego niedokończonego śniadania, którego swoją drogą skończyć nie miał szans ze względu na to, ile mu tego Isaac nałożył. To nic. Jadł wolno, zupełnie nie przeszkadzając temu, że Bagshot najwyraźniej był bardzo uzależniony od papierosów. Nie zamierzał tego komentować, to nie było jego sprawą, a nie znali się wcale. Za to poznali się na tyle, żeby Laurent dał upust swojej frustracji seksualnej zabranej prosto z gabinetu terapeuty, o zgrozo. Tak jakby terapia zamiast pomagać miała szkodzić, ale wcale tak nie było - nic złego się nie stało, a wyciągnął z jednego spotkania wartości, na których mu zależało. Pewne ukojenie myśli, usprawiedliwienie własnych odczuć. Usprawiedliwienie siebie wobec świata, któremu uważał, że jest bardzo wiele winien. Teraz zastanawiał się, czy aby na pewno winny jest tak wiele.
- Kiedyś wpędzisz się w kłopoty, jeśli będziesz ufał tylko swojemu instynktowi co do ludzi. - Ewentualnie on sam był kłopotem i tylko zgrywał niewiniątko. Widział i poznał już przeróżnych ludzi, których gra aktorska była perfekcją. Widział też ludzi, których intencje z początku były szczere. Dopiero później ulegały wypaczeniu i stawały się kotwicą, która ściągała cię na samo dno. Tworzyła niebezpieczeństwo, na które nie byłeś gotów. Nie powiedział tego w pełni poważnie, bo trochę się uśmiechał, żeby nie powiedzieć - z lekkim politowaniem? Niekoniecznie dla samego Isaaca, bo dla samego siebie również. Dla głupoty, w jaką człowiek łatwo może się wpędzić, jeśli nie będzie uważał. Żarty ze śmierci zaś nie bawiły go wcale, bo nie było niczego żartobliwego w zdradzie i umieraniu. Śmierć była obrzydliwa, odrzucająca i zimna. Przerażająca. Złożył sztućce na talerzu. - Dziękuję za pyszne śniadanie. To była prawdziwa przyjemność. - Podniósł się z krzesła dopijając ostatni łyk kawy, kiedy i Isaac skończył palić.
Poczekał na niego chwilę, stając przed różami i dopatrując się resztek papierosów, które mężczyzna tam rzucał. Piękne róże, których nie szanował. Jak gwałt świętości, mieszanie ludzkiego odpadu z uosobieniem miłości, piękna i wiszącej nad tym groźby. Znów - nie powiedział nic, bo czemu by miał? Nawet jeśli mu się to nie podobało to nie był jego ogród. Za wiele razy dostał w nos za to, że był nadgorliwy i chciał wszystkim pomóc, wszystkich nauczyć piękna i kolorów. Zadziwiająco, jak łatwo było z tych barw ostygnąć. Lecz może to tylko przejściowe? Może potrzebował tylko czegoś, co go pobudzi do życia?
Chciało mu się nad tymi różami płakać, chociaż nawet nie był smutny.
Znaleźli się znów w tym samym zaułku co wcześniej. Pusta, brzydka, brudna uliczka, z której zamierzał uciec, jak tylko pojawi się odpowiedź, której Isaac chciał. Zrobił dwa kroki tyłem, spoglądając na Isaaca z enigmatycznym uśmieszkiem.
- Jestem zaintrygowany, więc jestem również zainteresowany. Poślę pocztę i umówimy spotkanie, żeby dopowiedzieć sobie szczegóły, bo skoro zależy ci na dyskrecji to mniemam, że droga pocztowa do tego ci nie odpowiada. - Sowy przecież za łatwo przechwycić. Nawet jeśli i to proste nie było. - Do zobaczenia.
Każdy odszedł w swoją stronę.