24.04.2024, 13:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.05.2024, 23:24 przez Anthony Shafiq.)
Wypił znów, wypił na cześć zmarłej małżonki, wypił za zdrowie jej kochanki i niedoszłej żony Morpheusa. Wypił dużo, uciekając od początku lipca, który tylko inicjował jak miało się okazać tendencję zniżkową. Odwilż postępowała wolno, wciąż zbyt wolno, choć z drugiej strony jeszcze kilka lat temu nigdy by nie powiedział, że w ogóle byłoby to możliwe. Porównanie do charłaków zaskakująco w punkt, choć oczywiście oni nie mogli udawać, że są normalni. Dalej jednak byli skrywaną tajemnicą, zwłaszcza pośród jego czystokrwistych sąsiadów. Było dziecko, a potem dziecko znikało, a tworzyła się zgrabna historyjka. Dobrze, jak był to wyjazd do rodziny, gorzej, jak nieszczęśliwy wypadek. Anthony nie miał żadnego sentymentu wobec dzieci, ale jakoś nawet on nie był zwolennikiem topienia kociaków w jeziorze, gdy nie były potrzebne w gospodarstwie.
To nie miał być jednak wieczór na żałobę, ani na polityczne rozważania. Nie miał być też wieczorem wielkich egzystencjalnych dywagacji, nie zamierzał Morpheusowi dokładać własnych zmartwień, nawet jeśli widział, że jego nastrój poprawił się od czasu ich ostatniego spotkania. Skupił się na przyjemniejszych aspektach tej konwersacji. Na przyjemnym wieczorze w parku, rozchodzącym się alkoholowym cieple nadającym ruchom miękkości i filuternego wykończenia. Skupił się migoczących nad jeziorem światłach.
Parsknął.
– Tak myślałem. Prędzej piekło zamarznie niż znajdziesz kogoś kto ujarzmi Twój temperament i zaciągnie przed ołtarze, prawdziwie dla Ciebie druhu powinni przywrócić możliwości posiadania haremu. A politycznie łączenie Ollivanderów z Longbottomami... Nie potrzebujesz majątku, nie widziałbym w tym za bardzo sensu z ekonomicznego punktu widzenia. – kalkulował, zupełnie jakby sam zaraz miał wydać Morpheusa. A tak na prawdę bardzo, ale to bardzo nie chciał by rzeczywiście imię Vakela wybrzmiało między nimi. Nie dziś.
– Chociaż przez krótki, króciutki moment tak obracałem w głowie myśl, że jednak postanowiłeś się ustatkować. Żona, dom, posadzenie wisielczego drzewa na obejściu, może jakiś syn dla przekazania nazwiska? – pokpiwał sobie z niego, prawdziwie jednak chcąc nakierować ich na bardziej niecierpliwiący go temat. W możliwie lekki, niezobowiązujący sposób, tonem absolutnie wyzbytym ładunku emocjonalnego stojącego za nim podjął więc: – Myślałeś już nad tym domem? Ja wiem, że do tej rudery nie ustawiają się kolejki, ale jeśli chciałbyś jakoś ogarnąć remont do zimy, to trzeba by podjąć jakieś decyzje wiesz...– Od czasu wizyty Morpheusa w Little Hangleton nie było okazji żeby o tym porozmawiać, choćby na piśmie. To znaczy, oczywiście była, ale Anthony ostatnie czego by chciał to wyjść ponownie w czyichkolwiek oczach na zdesperowaną kupkę nieszczęścia. I tak serce otulone miał już pełną płytową zbroją szykując się na odmowę. Zwłaszcza znając wątpliwą swego rozmówcy predylekcję do podejmowania jakichkolwiek długoterminowych zobowiązań.
To nie miał być jednak wieczór na żałobę, ani na polityczne rozważania. Nie miał być też wieczorem wielkich egzystencjalnych dywagacji, nie zamierzał Morpheusowi dokładać własnych zmartwień, nawet jeśli widział, że jego nastrój poprawił się od czasu ich ostatniego spotkania. Skupił się na przyjemniejszych aspektach tej konwersacji. Na przyjemnym wieczorze w parku, rozchodzącym się alkoholowym cieple nadającym ruchom miękkości i filuternego wykończenia. Skupił się migoczących nad jeziorem światłach.
Parsknął.
– Tak myślałem. Prędzej piekło zamarznie niż znajdziesz kogoś kto ujarzmi Twój temperament i zaciągnie przed ołtarze, prawdziwie dla Ciebie druhu powinni przywrócić możliwości posiadania haremu. A politycznie łączenie Ollivanderów z Longbottomami... Nie potrzebujesz majątku, nie widziałbym w tym za bardzo sensu z ekonomicznego punktu widzenia. – kalkulował, zupełnie jakby sam zaraz miał wydać Morpheusa. A tak na prawdę bardzo, ale to bardzo nie chciał by rzeczywiście imię Vakela wybrzmiało między nimi. Nie dziś.
– Chociaż przez krótki, króciutki moment tak obracałem w głowie myśl, że jednak postanowiłeś się ustatkować. Żona, dom, posadzenie wisielczego drzewa na obejściu, może jakiś syn dla przekazania nazwiska? – pokpiwał sobie z niego, prawdziwie jednak chcąc nakierować ich na bardziej niecierpliwiący go temat. W możliwie lekki, niezobowiązujący sposób, tonem absolutnie wyzbytym ładunku emocjonalnego stojącego za nim podjął więc: – Myślałeś już nad tym domem? Ja wiem, że do tej rudery nie ustawiają się kolejki, ale jeśli chciałbyś jakoś ogarnąć remont do zimy, to trzeba by podjąć jakieś decyzje wiesz...– Od czasu wizyty Morpheusa w Little Hangleton nie było okazji żeby o tym porozmawiać, choćby na piśmie. To znaczy, oczywiście była, ale Anthony ostatnie czego by chciał to wyjść ponownie w czyichkolwiek oczach na zdesperowaną kupkę nieszczęścia. I tak serce otulone miał już pełną płytową zbroją szykując się na odmowę. Zwłaszcza znając wątpliwą swego rozmówcy predylekcję do podejmowania jakichkolwiek długoterminowych zobowiązań.