24.04.2024, 14:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.04.2024, 14:34 przez Samuel McGonagall.)
Sam siedział sobie przy małym stoliczku w całkiem małej i ponownie czystej kuchni z bardzo dużą ilością myśli i uczuć.
Tak, Sam jest moim chłopakiem.
Na Knieję, na wszystkie żółcące się żonkile i sypiące zarodnikami sosny. Co to się podziało! A zatem znów był w związku, choć czy z perspektywy osoby dorosłej można tak było nazwać ich relację wtedy? Czy można było nazwać tak ich relację dziś? Bał się odezwać, więc śledził tylko swoimi niepewnymi niebieskimi oczami poruszającą się po kuchni kobietę. Trochę żałował, że Mabel z nimi nie została, może tonowałaby kłótnię, może byłaby dobrym... nie, może lepiej nie, to były sprawy dorosłych i może lepiej jeśli mała dziewczynka, zachwycona najwidoczniej perspektywą jego osoby w ich przestrzeni życiowej, nie będzie świadkiem pytania, które zamierzał zadać. Ale to może za moment..
Przyjął kubek i uśmiechnął się ciepło, pochylony upił malutki łyczek, żeby się nie oparzyć.
– Jest pyszna...– jak zawsze, chciał dodać. Nie tak słodka jak Twoje usta, być może powinien dodać. Ale nie był tego typu osobą. Nie radził sobie ze zwykłymi rozmowami, a co dopiero z flirtem.
– Och, ok, było...mmm... było bardzo źle później, ale Bee wyjaśniła mi, że może po prostu czułaś się niezręcznie i że nie mam myśleć, że się mnie wstydzisz przed swoimi bogatymi przyjaciółmi czy coś... – nagle ucho od kubka było tak bardzo interesujące, nagle rosły chłop, metr niemalże dziewięćdziesiąt kulił się jak drzewo, które za dużo burz w swoim życiu doświadczyło, bez osłony potężnych drzew wkoło. – Czy teraz, jak jestem Twoim...mmm... chłopakiem... Czy tym razem powiesz innym, że jesteśmy razem? – wtedy to nie miało znaczenia, teraz była to oś jego zmartwień, jak rozrastająca się pleśń na liściu. Taki liść trzeba było uciąć, żeby ratować całą roślinę. Lecz może to myśl była do ucięcia, a nie relacja z Norą? Może to on źle myślał, Brenna mówiła mu, że nie powinien zakładać. – ... powiesz im nawet jeśli jestem... nawet jeśli jestem tylko ogrodnikiem? – przygryzł wargę nie chcąc mówić dalej, czując ten rozrastający się wstyd wynikający z faktu klasowych różnic, które choć nie występowały w lesie, to poza nim były na porządku dziennym. A jeśli mieli żyć wśród innych ludzi, trzeba było poznać zasady i spróbować się zaadaptować. Tylko czy byłby w stanie znieść teraz jej odmowę? Ucisk w klatce piersiowej stawał się coraz bardziej nieznośny z każdym uderzeniem serca.
Tak, Sam jest moim chłopakiem.
Na Knieję, na wszystkie żółcące się żonkile i sypiące zarodnikami sosny. Co to się podziało! A zatem znów był w związku, choć czy z perspektywy osoby dorosłej można tak było nazwać ich relację wtedy? Czy można było nazwać tak ich relację dziś? Bał się odezwać, więc śledził tylko swoimi niepewnymi niebieskimi oczami poruszającą się po kuchni kobietę. Trochę żałował, że Mabel z nimi nie została, może tonowałaby kłótnię, może byłaby dobrym... nie, może lepiej nie, to były sprawy dorosłych i może lepiej jeśli mała dziewczynka, zachwycona najwidoczniej perspektywą jego osoby w ich przestrzeni życiowej, nie będzie świadkiem pytania, które zamierzał zadać. Ale to może za moment..
Przyjął kubek i uśmiechnął się ciepło, pochylony upił malutki łyczek, żeby się nie oparzyć.
– Jest pyszna...– jak zawsze, chciał dodać. Nie tak słodka jak Twoje usta, być może powinien dodać. Ale nie był tego typu osobą. Nie radził sobie ze zwykłymi rozmowami, a co dopiero z flirtem.
– Och, ok, było...mmm... było bardzo źle później, ale Bee wyjaśniła mi, że może po prostu czułaś się niezręcznie i że nie mam myśleć, że się mnie wstydzisz przed swoimi bogatymi przyjaciółmi czy coś... – nagle ucho od kubka było tak bardzo interesujące, nagle rosły chłop, metr niemalże dziewięćdziesiąt kulił się jak drzewo, które za dużo burz w swoim życiu doświadczyło, bez osłony potężnych drzew wkoło. – Czy teraz, jak jestem Twoim...mmm... chłopakiem... Czy tym razem powiesz innym, że jesteśmy razem? – wtedy to nie miało znaczenia, teraz była to oś jego zmartwień, jak rozrastająca się pleśń na liściu. Taki liść trzeba było uciąć, żeby ratować całą roślinę. Lecz może to myśl była do ucięcia, a nie relacja z Norą? Może to on źle myślał, Brenna mówiła mu, że nie powinien zakładać. – ... powiesz im nawet jeśli jestem... nawet jeśli jestem tylko ogrodnikiem? – przygryzł wargę nie chcąc mówić dalej, czując ten rozrastający się wstyd wynikający z faktu klasowych różnic, które choć nie występowały w lesie, to poza nim były na porządku dziennym. A jeśli mieli żyć wśród innych ludzi, trzeba było poznać zasady i spróbować się zaadaptować. Tylko czy byłby w stanie znieść teraz jej odmowę? Ucisk w klatce piersiowej stawał się coraz bardziej nieznośny z każdym uderzeniem serca.