Chciał mieć ciastko i zjeść ciastko. Chciał mieć Philipa, móc spędzać z nim czas i nie być pożeranym przez te wszystkie myśli i wspomnienia tego, jak było. Nie potrafił. Nawet mimo tego, że dobrze się bawili, że właściwie poznał towarzystwo Notta z drugiej strony... Nie. Nie POMIMO tego. Teraz myślał o tym, że właśnie DLATEGO. Albo i nie myślał wcale, bo miał dość wszystkiego i wszystkich. Chciał. Zostać. SAM. I jednocześnie nie chciał zostawać samemu wcale. Złote mądrości, wszystkie te rady o kochaniu, o złamanych sercach, wszystko to świetnie brzmiało, a Laurent wiedział, że złamał ich zbyt wiele. I żadna z tych osób na to zasługiwała. Z drugiej strony to czy on na to zasługiwał? Na to wszystko, co zostało się między nimi? Winny, niewinny... nie było tych bez winy i nie było tych niepokalanych. Każdy się starał - to po prostu nie wyszło. Był wdzięczny za te wszystkie dobre doświadczenia i jednocześnie zły za wszystko, co było złe. Czemu to musiało się zepsuć? Bo od tego się zaczęło. Całe to emocjonalne zagmatwanie, jakie miał, zaczęło się rodzić właśnie od tego momentu, kiedy Laurent zwątpił w to, co powinien zrobić, bo znał Philipa tyle czasu, bo przyszedł do niego taki rozbity... w tamtej chwili powinien był powiedzieć nie. Nie zrobił tego. Uległ tej pierdolonej empatii, która była niby taka cenna.
Chciał mieć Philipa, ale zrozumiał to na rejsie. Cokolwiek go przywiązywało do Philipa w romantycznym sensie... wygasło. Zostało zgnojone złymi decyzjami, słowami i gestami. Brakiem poczucia stabilności, kontroli. We wszystko wplątał się Kayden, który zrobił mu dokładnie to samo, co on teraz robił Philipowi i wszystko jeszcze bardziej się skomplikowało. Cóż, różnica była taka, że Kayden się pobawił i zniknął bez słowa. Laurent nie mógł tego robić Philipowi. Nigdy mu nie sprawiało problemów, żeby powiedzieć te słowa. Nie kocham cię. To zawsze było proste. Nikogo nie chciał karmić ułudą. Nadzieją, która nie miała pokrycia. Ale Philip? Z nikim nie łączyła go aż tak bliska więź. To też był błąd. Był od niej uzależniony. Chciał ją mieć, bo dawała złudne poczucie czegoś stałego. Tak, mógł zawsze na Philipa liczyć, tak, ufał mu, tak..! Powierzyłby mu swoje życie. Tylko iskra? Iskry już nie było. A może tak było z miłością? Wypalała się? Nie wiedział. Niczego już nie wiedział w tym ciężkim, pokręconym świecie swojej własnej głowy.
Był bardzo złym człowiekiem, więc nie oczekiwał niczego w zamian. Trzeba po prostu zająć kimś obcym łóżko.
- Nie wypowiadałbym tych słów, gdybym nie był ich pewien. - Ale nie potrafił mu tego dać. Mocy w głosie, pewności. Słowa były ciche, choć zrozumiałe. Zbyt spokojne, zbyt wyzute. I to nie dlatego, że emocji w nim nie było. Było ich za dużo. Starał się utrzymywać spokój, względną kontrolę, bo gdyby pozwolił temu wszystkiemu popłynąć... wtedy zwinąłby się w kłębek i wpadł w histerię. - Mylisz się co do tego, że nie chodziło o twoje towarzystwo. - Jeśli to miało dla niego znaczenie, rzecz jasna. Nawet jeśli nie był przy nim to miał niemal ciągle na nim oczy. Uczył się go na nowo tak jak on uczył się samego siebie. - Rozumiem. - Obrócił się i zatrzymał przy drzwiach, z dłonią na klamce, której nie nacisnął. - Żegnaj, Philipie. Cieszę się, że cię poznałem.
Drzwi cicho zamknęły się za diabłem w skórze anioła. Umilkły kroki na korytarzu.
Cisza.