25.04.2024, 02:30 ✶
Ani przez moment nie zastanawiała się, co nią właściwie powodowało, kiedy znajdowali się w tym miejscu. Kochała go - to było dla niej pewne od zawsze, ale jednocześnie wiedziała, jak jej zachowanie w stosunku do niego zmieniało się przez lata. Jej dłonie na jego ramieniu, jej rozluźniona, mimowolnie przylegająca do niego sylwetka, wydawały się jednak w tym momencie jak najbardziej właściwe. Co więcej, za bardzo przypominało jej to momenty, kiedy faktycznie byli szczęśliwi, a to z kolei skutecznie odciągało ją od właściwego zastanowienia się nad słowami, którymi podzielił się z nimi Morpheus.
Jego przechwałka z nią w roli głównej, oczywiście była bzdurna, ale zamiast skrzywić się z rozbawionym powątpiewaniem, co zrobiłaby w innych okolicznościach, zwyczajnie wpatrywała się w Leona z delikatnym, niezmiennym uśmiechem wymalowanym na twarzy. Lubiła, kiedy ją chwalono - kiedy chwalił ją Alexander - ale tylko Windermere powstrzymywało ją, żeby te słowa dodatkowo obrócić. Najlepiej tak żeby jednocześnie zgasić wybujałą wyobraźnię Mulcibera i pierdolenie Bletcheya.
Ale jako, że zalewało ja aktualnie morze miłości, które czuła od dnia przyjazdu, została jej tylko druga opcja.
- Leon - rzuciła zniecierpliwiona, wykrzywiając wargi w niezadowolonym grymasie, bo może i ślepła, kiedy spoglądała w stronę Mulcibera, ale uszy miała czyste i posługiwała się nimi sprawnie. - Jaki jest twój problem? Bo jak chcesz słuchać opowieści, to ja ci bardzo chętnie zaraz opowiem jakąś o tym, kiedy twój stryjeczny wujek, cierpiący na włochatość serca, trochę przez to chuderlawy i słaby, postanowił oddzielić się od swojej ekipy i go w lesie zżarło stado nieumarłych. - rzuciła w jego stronę obcesowo, no bo może i Alex nie był zbyt lotny w relacjach międzyludzkich, ale ona aż za dobrze znała ton, który padł od strony kuzyna. Nie musiał zaprzeczać wprost, żeby wiedziała iż ją właśnie obraża.
- Razem wyszedł nam całkiem ładny rozkład, nie wiem o co ci chodzi - sarknęła zaraz za kuzynką, bo w tym psychiatryku to jej chyba niechcący jakiś kij w dupę zaaplikowali. Problem, to ty masz z głową, kochanie, ale może ta fioletowa aura zaopiekuje się także tym.
Idziemy. Pociągnęła Alexa za Millie, do tej pory trzymając go tym mocniej im więcej Leon mówił, nie tyle powstrzymując swojego tymczasowego męża, co samą siebie. Musiała siebie bardzo gorliwie przekonywać, że to nie był Hades i ciosu w głowę twardym przedmiotem mógł nie tyle zgasić mu światło, co całkiem płomień życia, który się tlił w jego wątłym ciałku.
Wszyscy ruszyli w kierunku molo, a w miarę jak przedzierali się przez ośrodek, tym dobitniej przyroda dawała im znać, ze miała się w jak najlepszym porządku. Trawa była bujna, bez jakiejkolwiek skazy po pojazdach mugoli. Wszystko zdawało się prężnie sięgać ku słońcu, ciesząc oko intensywnymi odcieniami zieleni. Już lipiec przyniósł wyraźne zmiany w przyrodzie, pomagając rozrosnąć się roślinności, ale ta w Windermere wydawała się zbyt grzeczna. Zbyt pełna dobrego życia, a nie pełna chwastów, duszących nieinwazyjne okazy, albo mutujących egzemplarzy, które gryzły po kostkach albo pluły jadem.
Miała wrażenie, że panowała tu dziwna idylla.
Obróciła się w kierunku krzyków, które doszły ich zza pleców w pewnym momencie, lustrując spojrzeniem kłócące się ze sobą kobiety. Cokolwiek miały do załatwienia, szybko stwierdziły że najlepsze do tego będą rękoczyny, tarzając się w krzaku bzu. Piski, łamanie i jakaś zgroza, bo przecież gdyby ta gałąź faktycznie trafiła, kobiety teraz nie rozchodziłyby się zmieszane. McKinnon patrzyła na z zaciekawieniem, nieskora do pomocy, tym bardziej zaintrygowana że kiedy Karen pośpiesznie ruszyła w swoją stronę i minęła grupkę radosnych tarocistów, mamrotała coś o bzie.
- Słyszeliście ją? To, że to bez się na nie rzucił - zwróciła się do reszty, kiedy kobieta była już od nich jakiś kawałek, mimowolnie spoglądając na moment za nią.
!5energiawindermere
Jego przechwałka z nią w roli głównej, oczywiście była bzdurna, ale zamiast skrzywić się z rozbawionym powątpiewaniem, co zrobiłaby w innych okolicznościach, zwyczajnie wpatrywała się w Leona z delikatnym, niezmiennym uśmiechem wymalowanym na twarzy. Lubiła, kiedy ją chwalono - kiedy chwalił ją Alexander - ale tylko Windermere powstrzymywało ją, żeby te słowa dodatkowo obrócić. Najlepiej tak żeby jednocześnie zgasić wybujałą wyobraźnię Mulcibera i pierdolenie Bletcheya.
Ale jako, że zalewało ja aktualnie morze miłości, które czuła od dnia przyjazdu, została jej tylko druga opcja.
- Leon - rzuciła zniecierpliwiona, wykrzywiając wargi w niezadowolonym grymasie, bo może i ślepła, kiedy spoglądała w stronę Mulcibera, ale uszy miała czyste i posługiwała się nimi sprawnie. - Jaki jest twój problem? Bo jak chcesz słuchać opowieści, to ja ci bardzo chętnie zaraz opowiem jakąś o tym, kiedy twój stryjeczny wujek, cierpiący na włochatość serca, trochę przez to chuderlawy i słaby, postanowił oddzielić się od swojej ekipy i go w lesie zżarło stado nieumarłych. - rzuciła w jego stronę obcesowo, no bo może i Alex nie był zbyt lotny w relacjach międzyludzkich, ale ona aż za dobrze znała ton, który padł od strony kuzyna. Nie musiał zaprzeczać wprost, żeby wiedziała iż ją właśnie obraża.
- Razem wyszedł nam całkiem ładny rozkład, nie wiem o co ci chodzi - sarknęła zaraz za kuzynką, bo w tym psychiatryku to jej chyba niechcący jakiś kij w dupę zaaplikowali. Problem, to ty masz z głową, kochanie, ale może ta fioletowa aura zaopiekuje się także tym.
Idziemy. Pociągnęła Alexa za Millie, do tej pory trzymając go tym mocniej im więcej Leon mówił, nie tyle powstrzymując swojego tymczasowego męża, co samą siebie. Musiała siebie bardzo gorliwie przekonywać, że to nie był Hades i ciosu w głowę twardym przedmiotem mógł nie tyle zgasić mu światło, co całkiem płomień życia, który się tlił w jego wątłym ciałku.
Wszyscy ruszyli w kierunku molo, a w miarę jak przedzierali się przez ośrodek, tym dobitniej przyroda dawała im znać, ze miała się w jak najlepszym porządku. Trawa była bujna, bez jakiejkolwiek skazy po pojazdach mugoli. Wszystko zdawało się prężnie sięgać ku słońcu, ciesząc oko intensywnymi odcieniami zieleni. Już lipiec przyniósł wyraźne zmiany w przyrodzie, pomagając rozrosnąć się roślinności, ale ta w Windermere wydawała się zbyt grzeczna. Zbyt pełna dobrego życia, a nie pełna chwastów, duszących nieinwazyjne okazy, albo mutujących egzemplarzy, które gryzły po kostkach albo pluły jadem.
Miała wrażenie, że panowała tu dziwna idylla.
Obróciła się w kierunku krzyków, które doszły ich zza pleców w pewnym momencie, lustrując spojrzeniem kłócące się ze sobą kobiety. Cokolwiek miały do załatwienia, szybko stwierdziły że najlepsze do tego będą rękoczyny, tarzając się w krzaku bzu. Piski, łamanie i jakaś zgroza, bo przecież gdyby ta gałąź faktycznie trafiła, kobiety teraz nie rozchodziłyby się zmieszane. McKinnon patrzyła na z zaciekawieniem, nieskora do pomocy, tym bardziej zaintrygowana że kiedy Karen pośpiesznie ruszyła w swoją stronę i minęła grupkę radosnych tarocistów, mamrotała coś o bzie.
- Słyszeliście ją? To, że to bez się na nie rzucił - zwróciła się do reszty, kiedy kobieta była już od nich jakiś kawałek, mimowolnie spoglądając na moment za nią.
!5energiawindermere
she was a gentle
sort of horror
sort of horror