25.04.2024, 10:32 ✶
Zdał sobie sprawę, że przestał oddychać. Nie wiedział co zrobić z oczami, z dłońmi, których palce nerwowo obracały kubek pełen ciepłej miłości. Znaczy czekolady. Nie pamiętał kiedy ktoś powiedział mu tyle miłych rzeczy na raz. To znaczy pamiętał, ale to i tak nie miało znaczenia, bo przecież Nora na pewno o nim nie myślała w ten sposób. A nie... chwila. To właśnie jej głos, jej melodia, jej słowa. A może dalej spał? A może to nie była prawda, Londyn już poprzednim razem przyniósł mu nieprzyjemne doświadczenia z halucynacjami?
Poruszył się niespokojnie. To byłby bardzo rzeczywisty sen, a on raczej takich nie miewał. Nie był w stanie spojrzeć jej w twarz, nie wiedział co począć z komplementami, które mu ofiarowała. Czy to nie powinno działać tak, że kiedy tęsknisz za miłymi słowami od kogoś kto jest dla Ciebie tak ważny, to gdy w końcu je dostajesz to powinieneś się cieszyć? Samuel nie wiedział, że demony niskiego poczucia własnej wartości tak właśnie działają. Że sprawiają, że stajesz się głuchy na coś, co nie jest Twoimi własnymi, upodlającymi Cię myślami. Te myśli często przyjmowały twarze ważnych osób, nawet jeśli te nigdy przenigdy nie mówiły tego, nie oskarżały, nie upodlały. Nora w jego głowie śmiała się z niego i uciekała wzrokiem od dziur w spodniach. Nora siedząca obok mówiła
Jak to było w ogóle możliwe? Nie rozumiał. Przełknął ślinę wciąż unikając jej spojrzenia, błądząc zagubionym wzrokiem po kuchni, nie chcąc zaprzeczać, ale też nie umiejąc podziękować. Nie umiejąc rozluźnić się.
– Dobrze. Czyli... mm...powiedz mi... jak Ty to widzisz? Jak... jakbyś chciała, żeby to wyglądało. To że...– odetchnął, słowa przychodziły mu z trudem, ale skoro powiedziało się a, to i b i c powinny się pojawić, czyż nie? – jakbyś chciała mnie mieć w swoim życiu? – był bardzo pasywny, bardzo też bolało go to, że czuł się tak obco w tym miejscu, które było przecież kwintesencją jej osoby. Czymś, na co pracowała całe życie. Ula mówiła o kompromisie, ale Sam miał zbyt słabą wyobraźnię by móc sobie go wyobrazić. – Jak często chciałabyś się ze mną widywać? – dodał, bo to też przyszło mu do głowy, może po prostu będą spędzać ze sobą czas w weekendy? – Czy... Czy mam poszukać innego domu w Dolinie, jak będziecie przyjeżdżać, ja... wiem, że macie swoje pokoje w Warowni, ale może, hmm... wolałbym... – szukał słów, nie miał słów. Ukrył twarz w dłoniach, czując przechodzące przez barki dreszcze. Czy nie powinien się cieszyć? Snuć marzeń o własnym domku na wrzosowiskach, o Mabel, na której rysunkach byłoby pełno maleńkich fioletowych kwiatków. Mógłby, mógłby to zrobić, mógłby nie wracać do Kniei dla nich. Ale Londyn...przerażał go. Był piekłem na ziemi, nie potrafił zrozumieć jak ktokolwiek mógłby chcieć żyć w tym piekle i nie widział się, po prostu nie widział się w tym miejscu nigdy. Czy to znaczy, że nie kochał jej dostatecznie mocno? Wątpliwość odbijała się echem. Wewnętrzna walka trwała, mimo, że usta miał zaciśnięte, że nie chciał jej ranić sobą, tym jaki jest niepoukładany.
Poruszył się niespokojnie. To byłby bardzo rzeczywisty sen, a on raczej takich nie miewał. Nie był w stanie spojrzeć jej w twarz, nie wiedział co począć z komplementami, które mu ofiarowała. Czy to nie powinno działać tak, że kiedy tęsknisz za miłymi słowami od kogoś kto jest dla Ciebie tak ważny, to gdy w końcu je dostajesz to powinieneś się cieszyć? Samuel nie wiedział, że demony niskiego poczucia własnej wartości tak właśnie działają. Że sprawiają, że stajesz się głuchy na coś, co nie jest Twoimi własnymi, upodlającymi Cię myślami. Te myśli często przyjmowały twarze ważnych osób, nawet jeśli te nigdy przenigdy nie mówiły tego, nie oskarżały, nie upodlały. Nora w jego głowie śmiała się z niego i uciekała wzrokiem od dziur w spodniach. Nora siedząca obok mówiła
Jesteś najwspanialszą osobą, jaka pojawiła się w moim życiu
Jak to było w ogóle możliwe? Nie rozumiał. Przełknął ślinę wciąż unikając jej spojrzenia, błądząc zagubionym wzrokiem po kuchni, nie chcąc zaprzeczać, ale też nie umiejąc podziękować. Nie umiejąc rozluźnić się.
– Dobrze. Czyli... mm...powiedz mi... jak Ty to widzisz? Jak... jakbyś chciała, żeby to wyglądało. To że...– odetchnął, słowa przychodziły mu z trudem, ale skoro powiedziało się a, to i b i c powinny się pojawić, czyż nie? – jakbyś chciała mnie mieć w swoim życiu? – był bardzo pasywny, bardzo też bolało go to, że czuł się tak obco w tym miejscu, które było przecież kwintesencją jej osoby. Czymś, na co pracowała całe życie. Ula mówiła o kompromisie, ale Sam miał zbyt słabą wyobraźnię by móc sobie go wyobrazić. – Jak często chciałabyś się ze mną widywać? – dodał, bo to też przyszło mu do głowy, może po prostu będą spędzać ze sobą czas w weekendy? – Czy... Czy mam poszukać innego domu w Dolinie, jak będziecie przyjeżdżać, ja... wiem, że macie swoje pokoje w Warowni, ale może, hmm... wolałbym... – szukał słów, nie miał słów. Ukrył twarz w dłoniach, czując przechodzące przez barki dreszcze. Czy nie powinien się cieszyć? Snuć marzeń o własnym domku na wrzosowiskach, o Mabel, na której rysunkach byłoby pełno maleńkich fioletowych kwiatków. Mógłby, mógłby to zrobić, mógłby nie wracać do Kniei dla nich. Ale Londyn...przerażał go. Był piekłem na ziemi, nie potrafił zrozumieć jak ktokolwiek mógłby chcieć żyć w tym piekle i nie widział się, po prostu nie widział się w tym miejscu nigdy. Czy to znaczy, że nie kochał jej dostatecznie mocno? Wątpliwość odbijała się echem. Wewnętrzna walka trwała, mimo, że usta miał zaciśnięte, że nie chciał jej ranić sobą, tym jaki jest niepoukładany.