25.04.2024, 11:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.04.2024, 12:06 przez Anthony Shafiq.)
Czy prośba o łopatę była dobrym pomysłem dla kogoś, kto chwilę wcześniej na schodach deklarował, że zna metody na tych, którzy poniewierają jego przyjaciółmi? W szarym spojrzeniu Anthony'ego zalśniło ostrze vendetty, które momentalnie zniknęło, gdy zdał sobie sprawę z tego, że to tylko żart. Tak... zdecydowanie atmosfera była zbyt bolesna, zbyt drażliwa, aby żartować, zbyt łatwo było potraktować rzeczy dosłownie. Erik, zgodnie z przypuszczeniami, które kłębiły się w głowie Shafiqa, był nieświadomy tego, że prosząc o łopatę, mógł ją w tym miejscu dostać sekundy później.
Podobna czujność i skupienie w obserwacji, w skoncentrowaniu się na rozmówcy, powróciła, gdy jego gość zaczął otwierać się coraz bardziej. Anthony nie pomyślałby o tym, ażeby upodlony detektyw myślał w ogóle o samobójstwie. Pozwolił sobie jednak na szczyptę zaciekawienia, gdy obserwował zmieniający się układ napięć na twarzy Erika, jego odbijające się w mimice smutek i rozżalenie, przechodzące w gniew, to znów rozluźniające się w niemej żałobie. Umiał czytać z ludzi jak z książek, nie byłby dobrym graczem nie wiedząc na co patrzeć podczas długich, wyniszczających negocjacji, zobaczyć słaby punkt, by w odpowiednim momencie w niego uderzyć, subtelnie lub brutalnie w zależności od konstrukcji psychicznej przeciwnika. I widział teraz wszystkie te punkty jak na dłoni, jątrzące się rany. Zapomniał żeby oddychać. Zdał sobie nagle sprawę, że w istocie rzeczy jest to ich pierwszy raz, kolejny pierwszy raz odsłonięcia wrażliwych tkanek, tym razem jednak nie tych możliwych do dotknięcia, ale duchowych, o wiele trudniejszych do uchwycenia ale jakże prostszych do rozszarpania, gdy już miało się do nich dostęp.
Anthony śledził jego ruch i kolejne kroki, gdy roztrzęsiony Erik wyminął fortepian i stanął w jedynym oknie jaki miał ten pokój, oknie wychodzącym na ogród, parterowy pawilon i okalający go gęsto las. Gdzieś dalej za linią drzew mógł dostrzec posępną wieżę jakiegoś opuszczonego niewielkiego zameczku, którego kamienne ściany i wąskie, pozbawione okien dziury straszyły w świetle okazjonalnych piorunów. Gospodarz zaś wsłuchiwał się w jego prośby, spijał je tak jak spijał czarne w swoim postrzeganiu wytrawne wino.
I rzeczywiście, kiedy Erik się obrócił, mężczyzna był na wyciągnięcie ręki, właśnie do niego podchodził, wsuwając do kieszeni różdżkę, którą przygasił niemal zupełnie poblask kryształowych kwietnych kinkietów. Ogień w kominku płonął wciąż, dominując teraz jako źródło ciepłego, kojącego światła tańczącego cieniami na czarnych ścianach smoczej pieczary.
– Powiedziałeś mi kiedyś, że trudno jest zaakceptować czyjąś pomoc. Że bez wsparcia łatwo się zgubić, zapędzić w ślepą uliczkę. Że potrzebna jest sieć, potrzebne jest zaufanie, aby nie upaść. – Jak często wracał do swoich pamiętników z tamtej nocy? Jak często wczytywał się w słowa, które między nimi wtedy padły, a które starał się po powrocie skrupulatnie odtworzyć, głównie po to, by gnębić siebie w takie samotne noce jak ta? Chociaż nie, ta noc choć miała być samotna, to zdecydowanie nie zostanie zakatalogowana pośród pozostałych wielu jednakowych nocy. Nastąpiła zmienna, która wywracała znajomy porządek rzeczy w sposób absolutny i nieodwracalny.
Prosił o opowieści. O ostatnie dni, miesiące, rok, znów nieświadom prosił o to by Anthony opowiadał mu o swojej dojmującej tęsknocie, rozpaczy, o desperackich próbach podjęcia z nim kontaktu i obezwładniającej słabości, która paraliżowała jego działania przez ostatni czas. O słodka ironio, nie sposób nie było się uśmiechnąć do tej myśli, nie sposób nie było pogładzić szorstkiej zarostem twarzy, dotknąć ukochanego oblicza przygaszonego słońca.
– Dźwigasz na swoich barkach tak wiele... Jesteś odpowiedzialny, zdyscyplinowany, jesteś obrońcą z Doliny, dbasz o tak wielu. Eriku... nie jesteś słaby. Jesteś poraniony i wycieńczony nieustanną walką. I jak Ty dźwigasz wszystkich, tak w ufności, ja mogę podźwignąć Ciebie. Wiemy co prawda obaj, jak wątłe wydają się być moje ramiona,– kącik ust zadrgał mu ku górze, eksponując dołeczek w zapadniętym policzku, a stal spojrzenia bezpowrotnie wyparta przez miękki puch troskliwości dostała nikłego poblasku obśmiania własnych słabości– ale wciąż mogę Cię opatrzeć, mogę zadbać o Twój odpoczynek i regenerację. Mogę być Twoją siecią, jeśli mi pozwolisz. Ja...– zawahał się zabierając dłoń, poważniejąc ponownie w tym jakże wrażliwym momencie. Zupełnie jakby przed laty otworzyli się na pragnienia ciał, ale dopiero teraz w cichej aurze, w deszczowym poszumie, mogli pozwolić sobie na otworzenie się pragnień osamotnionych dusz. – ...ja chcę tu być. Dla Ciebie.
Podobna czujność i skupienie w obserwacji, w skoncentrowaniu się na rozmówcy, powróciła, gdy jego gość zaczął otwierać się coraz bardziej. Anthony nie pomyślałby o tym, ażeby upodlony detektyw myślał w ogóle o samobójstwie. Pozwolił sobie jednak na szczyptę zaciekawienia, gdy obserwował zmieniający się układ napięć na twarzy Erika, jego odbijające się w mimice smutek i rozżalenie, przechodzące w gniew, to znów rozluźniające się w niemej żałobie. Umiał czytać z ludzi jak z książek, nie byłby dobrym graczem nie wiedząc na co patrzeć podczas długich, wyniszczających negocjacji, zobaczyć słaby punkt, by w odpowiednim momencie w niego uderzyć, subtelnie lub brutalnie w zależności od konstrukcji psychicznej przeciwnika. I widział teraz wszystkie te punkty jak na dłoni, jątrzące się rany. Zapomniał żeby oddychać. Zdał sobie nagle sprawę, że w istocie rzeczy jest to ich pierwszy raz, kolejny pierwszy raz odsłonięcia wrażliwych tkanek, tym razem jednak nie tych możliwych do dotknięcia, ale duchowych, o wiele trudniejszych do uchwycenia ale jakże prostszych do rozszarpania, gdy już miało się do nich dostęp.
Anthony śledził jego ruch i kolejne kroki, gdy roztrzęsiony Erik wyminął fortepian i stanął w jedynym oknie jaki miał ten pokój, oknie wychodzącym na ogród, parterowy pawilon i okalający go gęsto las. Gdzieś dalej za linią drzew mógł dostrzec posępną wieżę jakiegoś opuszczonego niewielkiego zameczku, którego kamienne ściany i wąskie, pozbawione okien dziury straszyły w świetle okazjonalnych piorunów. Gospodarz zaś wsłuchiwał się w jego prośby, spijał je tak jak spijał czarne w swoim postrzeganiu wytrawne wino.
I rzeczywiście, kiedy Erik się obrócił, mężczyzna był na wyciągnięcie ręki, właśnie do niego podchodził, wsuwając do kieszeni różdżkę, którą przygasił niemal zupełnie poblask kryształowych kwietnych kinkietów. Ogień w kominku płonął wciąż, dominując teraz jako źródło ciepłego, kojącego światła tańczącego cieniami na czarnych ścianach smoczej pieczary.
– Powiedziałeś mi kiedyś, że trudno jest zaakceptować czyjąś pomoc. Że bez wsparcia łatwo się zgubić, zapędzić w ślepą uliczkę. Że potrzebna jest sieć, potrzebne jest zaufanie, aby nie upaść. – Jak często wracał do swoich pamiętników z tamtej nocy? Jak często wczytywał się w słowa, które między nimi wtedy padły, a które starał się po powrocie skrupulatnie odtworzyć, głównie po to, by gnębić siebie w takie samotne noce jak ta? Chociaż nie, ta noc choć miała być samotna, to zdecydowanie nie zostanie zakatalogowana pośród pozostałych wielu jednakowych nocy. Nastąpiła zmienna, która wywracała znajomy porządek rzeczy w sposób absolutny i nieodwracalny.
Prosił o opowieści. O ostatnie dni, miesiące, rok, znów nieświadom prosił o to by Anthony opowiadał mu o swojej dojmującej tęsknocie, rozpaczy, o desperackich próbach podjęcia z nim kontaktu i obezwładniającej słabości, która paraliżowała jego działania przez ostatni czas. O słodka ironio, nie sposób nie było się uśmiechnąć do tej myśli, nie sposób nie było pogładzić szorstkiej zarostem twarzy, dotknąć ukochanego oblicza przygaszonego słońca.
– Dźwigasz na swoich barkach tak wiele... Jesteś odpowiedzialny, zdyscyplinowany, jesteś obrońcą z Doliny, dbasz o tak wielu. Eriku... nie jesteś słaby. Jesteś poraniony i wycieńczony nieustanną walką. I jak Ty dźwigasz wszystkich, tak w ufności, ja mogę podźwignąć Ciebie. Wiemy co prawda obaj, jak wątłe wydają się być moje ramiona,– kącik ust zadrgał mu ku górze, eksponując dołeczek w zapadniętym policzku, a stal spojrzenia bezpowrotnie wyparta przez miękki puch troskliwości dostała nikłego poblasku obśmiania własnych słabości– ale wciąż mogę Cię opatrzeć, mogę zadbać o Twój odpoczynek i regenerację. Mogę być Twoją siecią, jeśli mi pozwolisz. Ja...– zawahał się zabierając dłoń, poważniejąc ponownie w tym jakże wrażliwym momencie. Zupełnie jakby przed laty otworzyli się na pragnienia ciał, ale dopiero teraz w cichej aurze, w deszczowym poszumie, mogli pozwolić sobie na otworzenie się pragnień osamotnionych dusz. – ...ja chcę tu być. Dla Ciebie.