25.04.2024, 15:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.06.2024, 19:01 przez Annaleigh Dolohov.)
Zabawne, jak wiele mogło się zmienić w życiu w ciągu miesiąca.
Zwykle podobny stan rzeczy wcale by jej nie cieszył. Lubiła pewną stabilność i monotonię w życiu. Wstać, dolać Vakelowi parę kropel amortencji do porannej herbaty, wyjść albo do Mungo, albo do swojego gabinetu, przepracować cały dzień, oddając się tym samym swojej największej pasji, wrócić, wypić wieczorną, ziołową herbatę czytając przy tym książkę i położyć się spać, ewentualnie przygotować się na jeden z nielicznych dyżurów.
Niektórzy mogliby uznać jej życie za nudne, ona czuła się jednak bezpiecznie z wiedzą, że następny dzień będzie dla niej czymś znajomym i bezpiecznym.
A jednak, wypłynięcie manifestu zaburzyło jej dotychczasowy żywot. W sposób, w jaki wcale by się nie spodziewała.
Choć czarny znak nie widniał jeszcze na jej przedramieniu, zakryty rękawami jej jedwabnej, jasnej koszuli i ciemnogranatowej marynarki, tak zdążyła już znaleźć się w gronie tych, którzy zgodzili się wykorzystać swoje umiejętności w słusznej sprawie. Jej bliscy byli właśnie tym, co wciągnęło Annaleigh w objęcia Czarnego Pana. Mógł im zapewnić należytą władzę i bezpieczeństwo, wiedziała o tym. I była gotowa na to zapracować.
Nawet jeśli miała użyć swoich umiejętności jako narzędzia do odbierania, nie ratowania życia.
Nawet nie wiedziała, że mogło to być takie łatwe.
Myślała, że po czymś takim trudno będzie jej siąść przy świątecznym stole, wiedza jednak, że nie tylko ona w rodzie zdecydowała się brać w tym udział w imieniu Lestrangów, była uspokajająca. Czuła się dzięki temu nadal ludzka. Na tyle, ile zwykle potrafiła.
Ta mała zmiana więc stała się nowym dodatkiem, który od czasu do czasu zmieniał jej rutynę, której nadal starała się trzymać.
Pracowała właśnie w swoim gabinecie, tym razem siedząc nad kartami pacjentów, które uzupełniała swoim zgrabnym pismem, wyćwiczonym przez lata lekcji kaligrafii. Dziś kilka osób miało odebrać zamówione wcześniej leki, dlatego nie zdziwiła się, gdy drzwi do jej gabinetu otworzyły się, wpuszczając nieprzyjemne, chłodne powietrze, które szybko rozproszyło odpowiednie zaklęcie. Jej choroba sprawiała, że nawet przy względnej pogodzie zawsze było jej zimno.
Przyjrzała się osobie, która przeszła przez próg, jej usta zaś drgnęły w delikatnym uśmiechu. Zgrabnym ruchem różdżki nastawiła wodę, czując, że nadeszła chwila na gorący napój.
- Dzień dobry, Ambrosio. Wszystko przygotowałam, w najbliższym czasie jednak pewnie i tak skontaktuje się z twoim ojcem, chcąc potwierdzić, czy obecne dawki nadal działają i czy jednak nie zdecydujemy się na zmianę leków - zamilkła, wiedząc, że pociągnięcie tego tematu zapewne znudziłoby siedząca przed nią kobietę, jak to miały w zwyczaju jej tłumaczenia teorii podczas udzielanych kiedyś korepetycji.
Trudne to było wtedy wyzwanie, w pewnej mierze jednak się zwróciło. I to nie tylko w czystej satysfakcji.
- Święta przebiegły klasycznie, jak zwykle krążyliśmy między rodzinami, chcąc spędzić z nimi jak najwięcej czasu, zanim nie zniknę na jednym z dyżurów. A jak u ciebie? Spokojnie w tym roku?
Nie przepadała za podobnymi rozmowami o niczym, zawsze starała się jednak to ukryć i brnąc w nie na tyle, ile potrafiła. Jak porządna kobieta z szanowanej, czystokrwistej rodziny, która musiała umieć ją reprezentować. Nawet jeśli często bolała ją od tego głowa.
- Napijesz się herbaty lub czegoś innego? Ostatnio przygotowywałam mieszankę z bzu, róży i liści hibiskusa, idealna na wspomaganie organizmu przy takiej pogodzie - zaproponowała. Mogło to wyjaśniać ziołowy zapach przybytku. Annaleigh uwielbiała podobne napoje, którymi często się raczyła.
Zwykle podobny stan rzeczy wcale by jej nie cieszył. Lubiła pewną stabilność i monotonię w życiu. Wstać, dolać Vakelowi parę kropel amortencji do porannej herbaty, wyjść albo do Mungo, albo do swojego gabinetu, przepracować cały dzień, oddając się tym samym swojej największej pasji, wrócić, wypić wieczorną, ziołową herbatę czytając przy tym książkę i położyć się spać, ewentualnie przygotować się na jeden z nielicznych dyżurów.
Niektórzy mogliby uznać jej życie za nudne, ona czuła się jednak bezpiecznie z wiedzą, że następny dzień będzie dla niej czymś znajomym i bezpiecznym.
A jednak, wypłynięcie manifestu zaburzyło jej dotychczasowy żywot. W sposób, w jaki wcale by się nie spodziewała.
Choć czarny znak nie widniał jeszcze na jej przedramieniu, zakryty rękawami jej jedwabnej, jasnej koszuli i ciemnogranatowej marynarki, tak zdążyła już znaleźć się w gronie tych, którzy zgodzili się wykorzystać swoje umiejętności w słusznej sprawie. Jej bliscy byli właśnie tym, co wciągnęło Annaleigh w objęcia Czarnego Pana. Mógł im zapewnić należytą władzę i bezpieczeństwo, wiedziała o tym. I była gotowa na to zapracować.
Nawet jeśli miała użyć swoich umiejętności jako narzędzia do odbierania, nie ratowania życia.
Nawet nie wiedziała, że mogło to być takie łatwe.
Myślała, że po czymś takim trudno będzie jej siąść przy świątecznym stole, wiedza jednak, że nie tylko ona w rodzie zdecydowała się brać w tym udział w imieniu Lestrangów, była uspokajająca. Czuła się dzięki temu nadal ludzka. Na tyle, ile zwykle potrafiła.
Ta mała zmiana więc stała się nowym dodatkiem, który od czasu do czasu zmieniał jej rutynę, której nadal starała się trzymać.
Pracowała właśnie w swoim gabinecie, tym razem siedząc nad kartami pacjentów, które uzupełniała swoim zgrabnym pismem, wyćwiczonym przez lata lekcji kaligrafii. Dziś kilka osób miało odebrać zamówione wcześniej leki, dlatego nie zdziwiła się, gdy drzwi do jej gabinetu otworzyły się, wpuszczając nieprzyjemne, chłodne powietrze, które szybko rozproszyło odpowiednie zaklęcie. Jej choroba sprawiała, że nawet przy względnej pogodzie zawsze było jej zimno.
Przyjrzała się osobie, która przeszła przez próg, jej usta zaś drgnęły w delikatnym uśmiechu. Zgrabnym ruchem różdżki nastawiła wodę, czując, że nadeszła chwila na gorący napój.
- Dzień dobry, Ambrosio. Wszystko przygotowałam, w najbliższym czasie jednak pewnie i tak skontaktuje się z twoim ojcem, chcąc potwierdzić, czy obecne dawki nadal działają i czy jednak nie zdecydujemy się na zmianę leków - zamilkła, wiedząc, że pociągnięcie tego tematu zapewne znudziłoby siedząca przed nią kobietę, jak to miały w zwyczaju jej tłumaczenia teorii podczas udzielanych kiedyś korepetycji.
Trudne to było wtedy wyzwanie, w pewnej mierze jednak się zwróciło. I to nie tylko w czystej satysfakcji.
- Święta przebiegły klasycznie, jak zwykle krążyliśmy między rodzinami, chcąc spędzić z nimi jak najwięcej czasu, zanim nie zniknę na jednym z dyżurów. A jak u ciebie? Spokojnie w tym roku?
Nie przepadała za podobnymi rozmowami o niczym, zawsze starała się jednak to ukryć i brnąc w nie na tyle, ile potrafiła. Jak porządna kobieta z szanowanej, czystokrwistej rodziny, która musiała umieć ją reprezentować. Nawet jeśli często bolała ją od tego głowa.
- Napijesz się herbaty lub czegoś innego? Ostatnio przygotowywałam mieszankę z bzu, róży i liści hibiskusa, idealna na wspomaganie organizmu przy takiej pogodzie - zaproponowała. Mogło to wyjaśniać ziołowy zapach przybytku. Annaleigh uwielbiała podobne napoje, którymi często się raczyła.