25.04.2024, 21:23 ✶
Stukot obcasów towarzyszy jej gdy przemierza doskonale znany korytarz Departamentu Tajemnic. Na tyle, iż mogłaby nim chadzać w zupełnych ciemnościach, pozbawiona narządu wzroku, poruszając się jedynie według zapamiętanych sekwencji. Skrzypiąca deska podłogowa zapowiadała, że trzy kroki dzieliły ją od odnogi korytarzu po lewej od której wystarczyło przejść kroków piętnaście, aby znaleźć się przed drzwiami niewielkiego gabinetu.
Przymyka oczy czując, jak gdzieś pod sklepieniem czaszki zaczynają pojawiać się zalążki migreny. Ciągi liczb, obrazów oraz sekwencji przesuwają się pod jej powiekami domagając się uwagi kobiety, która choć na chwilę chciała o nich zapomnieć. Odsunąć od siebie te wszystkie informacje aby ukoić umysł chociaż podczas krótkiej przerwy.
Dzień dzisiejszy zapowiada się być tym z kategorii długich, choć Vera nie spodziewa się jeszcze, jak bardzo.
Czternaście.
Piętnaście.
Znajome skrzypnięcie drzwi zaprasza ją do środka i choć te zapewne wymagały naoliwienia nie Vera nie zgłasza tego nigdzie. Dźwięk ten zawsze wyrywał ją z natłoku swoich myśli, niejednokrotnie działając lepiej niż mocno parzona kawa. Zamiera jednak w półkroku gdy widzi nieproszonego gościa, wygodnie zasiadającego w jej fotelu. Gościa, którego pozornie zdążyła wymazać już ze swojej pamięci. Pozornie, gdyż znajome rysy twarzy wywołują falę odłożonych do szuflady wspomnień. Spojrzenia, uśmiechy, dotyki dłoni… Mieszają się z ręcznymi zapiskami, szybszym biciem serca i ułudą, jaka przyjemnie ich wtedy otulała.
Potrzebuje chwili aby wrócić do tu i teraz.
- Stary nie zaprosił Cię na herbatkę? – Pytanie wybrzmiewa na granicy stwierdzenia, choć badawcze spojrzenie zielonych oczu uważnie przygląda się jego obliczu. Słodki pseudonim nadal odwoływał się do tej samej sylwetki, choć od czasu gdy wspólnie o nim wspominali zdawały się minąć wieki. Chwilę wahania maskuje zerknięciem na korytarz. Kto jej nie znał mógł pomyśleć, iż nader jest ostrożna gdy tak naprawdę dawała sobie chwilę na dokonanie szybkiego rachunku zysków oraz strat.
Czy powinna? Co mogło się stać? O co chodziło? Dlaczego ona?
Plusy i minusy chwilowo układały się w tłuściutkie zero.
Domyka więc drzwi upewniając się, że klamka zaskoczyła, następnie zaś podchodzi do swojego
biurka. Niespiesznie. Raz, dwa, trzy, cztery… Przystaje, aby zsunąć ze stóp niewygodne szpilki, które z głuchym stuknięciem opadają na drewnianą podłogę. Swoboda w jej ruchach jest jedynie pozorna, wie przecież doskonale iż znajduje się w pozycji kota, przechadzającego się po niezwykle wąskim płocie.
W końcu opiera swoje pośladki o blat, tuż obok rozpartego w fotelu mężczyzny.
- I rozmawiasz… – Stwierdza oczywistą oczywistość zakładając ręce na piersi. W przeszłości już czułaby na swoim ciele jego dłonie wdzierające się pod materiał eleganckiej, lecz nie nazbyt wystawnej sukienki… W przeszłości jego towarzystwo pozwalało na wyciszenie, teraz jednak... Lustruje go zielonym spojrzeniem. Uważnie i nieufnie, niemal bezwiednie napinając w gotowości swe mięśnie. I choć w przeszłości jego usta słodsze były od dojrzałych czereśni jego obecność nie należy do przyjemnych. Zdaje się być dokładnie taki sam, jedynie skroń bardziej opruszyła siwizna, a to poczucie wywołuje dyskomfort, który nieprzyjemnie wykręca żołądek.
Vera nie jest głupia, wie doskonale iż nie o taką rozmowę mu chodzi; że w tym miejscu zbyt wiele uszu może pojawić się w okolicy i rozpętać chaos, którego żadne z nich nie chciało. Zerka więc na niewielki zegarek zdobiący szczupły nadgarstek.
- Masz trzy i pół minuty. – Obwieszcza łaskawie. Robert winien się cieszyć, iż w ogóle raczyła poświęcić mu jakikolwiek wycinek swego czasu,
Trzy i pół minuty, aby przekonać ją do niewzywania odpowiednich służb.
Trzy i pół minuty, aby sprawić, by chciała spotkać go ponownie.
Trzy i pół minuty...
Przymyka oczy czując, jak gdzieś pod sklepieniem czaszki zaczynają pojawiać się zalążki migreny. Ciągi liczb, obrazów oraz sekwencji przesuwają się pod jej powiekami domagając się uwagi kobiety, która choć na chwilę chciała o nich zapomnieć. Odsunąć od siebie te wszystkie informacje aby ukoić umysł chociaż podczas krótkiej przerwy.
Dzień dzisiejszy zapowiada się być tym z kategorii długich, choć Vera nie spodziewa się jeszcze, jak bardzo.
Czternaście.
Piętnaście.
Znajome skrzypnięcie drzwi zaprasza ją do środka i choć te zapewne wymagały naoliwienia nie Vera nie zgłasza tego nigdzie. Dźwięk ten zawsze wyrywał ją z natłoku swoich myśli, niejednokrotnie działając lepiej niż mocno parzona kawa. Zamiera jednak w półkroku gdy widzi nieproszonego gościa, wygodnie zasiadającego w jej fotelu. Gościa, którego pozornie zdążyła wymazać już ze swojej pamięci. Pozornie, gdyż znajome rysy twarzy wywołują falę odłożonych do szuflady wspomnień. Spojrzenia, uśmiechy, dotyki dłoni… Mieszają się z ręcznymi zapiskami, szybszym biciem serca i ułudą, jaka przyjemnie ich wtedy otulała.
Potrzebuje chwili aby wrócić do tu i teraz.
- Stary nie zaprosił Cię na herbatkę? – Pytanie wybrzmiewa na granicy stwierdzenia, choć badawcze spojrzenie zielonych oczu uważnie przygląda się jego obliczu. Słodki pseudonim nadal odwoływał się do tej samej sylwetki, choć od czasu gdy wspólnie o nim wspominali zdawały się minąć wieki. Chwilę wahania maskuje zerknięciem na korytarz. Kto jej nie znał mógł pomyśleć, iż nader jest ostrożna gdy tak naprawdę dawała sobie chwilę na dokonanie szybkiego rachunku zysków oraz strat.
Czy powinna? Co mogło się stać? O co chodziło? Dlaczego ona?
Plusy i minusy chwilowo układały się w tłuściutkie zero.
Domyka więc drzwi upewniając się, że klamka zaskoczyła, następnie zaś podchodzi do swojego
biurka. Niespiesznie. Raz, dwa, trzy, cztery… Przystaje, aby zsunąć ze stóp niewygodne szpilki, które z głuchym stuknięciem opadają na drewnianą podłogę. Swoboda w jej ruchach jest jedynie pozorna, wie przecież doskonale iż znajduje się w pozycji kota, przechadzającego się po niezwykle wąskim płocie.
W końcu opiera swoje pośladki o blat, tuż obok rozpartego w fotelu mężczyzny.
- I rozmawiasz… – Stwierdza oczywistą oczywistość zakładając ręce na piersi. W przeszłości już czułaby na swoim ciele jego dłonie wdzierające się pod materiał eleganckiej, lecz nie nazbyt wystawnej sukienki… W przeszłości jego towarzystwo pozwalało na wyciszenie, teraz jednak... Lustruje go zielonym spojrzeniem. Uważnie i nieufnie, niemal bezwiednie napinając w gotowości swe mięśnie. I choć w przeszłości jego usta słodsze były od dojrzałych czereśni jego obecność nie należy do przyjemnych. Zdaje się być dokładnie taki sam, jedynie skroń bardziej opruszyła siwizna, a to poczucie wywołuje dyskomfort, który nieprzyjemnie wykręca żołądek.
Vera nie jest głupia, wie doskonale iż nie o taką rozmowę mu chodzi; że w tym miejscu zbyt wiele uszu może pojawić się w okolicy i rozpętać chaos, którego żadne z nich nie chciało. Zerka więc na niewielki zegarek zdobiący szczupły nadgarstek.
- Masz trzy i pół minuty. – Obwieszcza łaskawie. Robert winien się cieszyć, iż w ogóle raczyła poświęcić mu jakikolwiek wycinek swego czasu,
Trzy i pół minuty, aby przekonać ją do niewzywania odpowiednich służb.
Trzy i pół minuty, aby sprawić, by chciała spotkać go ponownie.
Trzy i pół minuty...