Zdaniem Leona cała ta wymiana zdań nie miałaby w ogóle miejsca, gdyby mąż Ambrosii nie postanowił otworzyć ust po tym jak zakomunikował wszystkim tu zebranym osobom, że jeśli będzie wymagać tego sytuacja to jako ministerialny egzorcysta zamierzał wykonywać swoje obowiązki.
— Taki, że komuś najwyraźniej nie odpowiada, że jako pracownik Ministerstwa chcę wykonywać swoje obowiązki z ramienia tego organu, jeśli będzie wymagać tego sytuacja oraz taki, że nie opowiadam o swojej chorobie każdej napotkanej osobie a ty właśnie wyjawiłaś to naszym towarzyszom. Dobrze, że nie wykrzyczałaś tego na cały ośrodek. — Odpowiadając na pytanie swojej krewkiej kuzynki, której nawet nie zamierzał obrazić, miał na myśli to, że głównie to jej mężowi nie odpowiada, że zamierza wykonywać swoje obowiązki. Życie z tą chorobą genetyczną było dla niego wystarczająco trudne i dlatego nie opowiadał każdemu o tym, że jest tak poważnie chory - za każdym razem, jak to wychodziło na jaw, wszyscy ludzie w jego otoczeniu zaczynali patrzeć na niego przez pryzmat włochatości serca, jakby obawiali się, że będzie potrzebować ich pomocy albo, że ta choroba go wykończy go tu i teraz. On też zamierzał zakończyć tę dyskusję tu i teraz. On też potrzebował świętego spokoju, o który teraz było trudno. Nie dało się żyć ze wszystkimi w zgodzie i nie dawało się wszystkim dogodzić. Niech idą. Leon nie zamierzał ich zatrzymywać. W dalszym ciągu zamierzał robić swoje, starając się uczestniczyć w przeprowadzanych przez nich poszukiwaniach i w ewentualnym przeprowadzeniu egzorcyzmów z ramienia Ministerstwa Magii.
Może się okazać, że te będą potrzebne szybciej, niż myślał. Jego uszu, jak i uszu wszystkich tutaj zgromadzonych, dotarły podniesione kobiece głosy. W pewnym sensie obie kobiety można było uznać za opętane, niekoniecznie przez jakiekolwiek duchy. Podczas obserwowanej przez niego sceny wzbierało w nim niedowierzanie i zażenowanie. Nie pośpieszy rozdzielać ścierających się ze sobą kobiet, tym bardziej, że do tego doprowadziło podejrzenie o odbicie narzeczonego. Wpadnięcie z impetem w krzaki przekwitłego bzu wydawało mu się dobrym powodem do zaprzestania szarpaniny. Najwyraźniej tylko on tak to postrzegał. Wydany przez jedną z kobiet zduszony dźwięk oraz kolejny krzyk świadczył o tym, że sprawy zaszły zdecydowanie za daleko. Chciały się pozabijać, przynajmniej wydawało się tak w pierwszej chwili. Na całe szczęście się rozeszły. W tym czasie zdążył zauważyć, że bezimienna kobieta miała zniszczoną podkoszulkę, za co odpowiadał przekwitły bez.
— To nienaturalne, że roślina atakuje kogoś, kto w nią wpadnie. Krzak Bzu to nie wierzba bijąca. — Stwierdził po chwili milczenia, przeznaczonego na zanalizowanie tamtej sytuacji. Dla wierzby bijącej atakowanie każdego, kto znajdzie się w zasięgu jej gałęzi było naturalne, gdyż to stanowiło cechę rodzajową tego drzewa. Konkluzja była taka, że otaczająca ten ośrodek wypoczynkowy roślinność prezentowała się naprawdę doskonale i zdawała się mieć własną wolę, jak kilka rodzajów magicznych roślin.
— Zauważyliście jakiekolwiek odstępstwo od normy w przypadku waszego zachowania? — Decydując się zadać to pytanie, podobnie jak Mulciber, spoglądał po swoich towarzyszach. Z tą różnicą, że nie zatrzymał spojrzenia na kimkolwiek z nich. Jako empiryczny dowód wpływu tego miejsca na samego siebie mógłby przywołać to, jaką irytację wzbudziła w nim Sophie. Problematyczne było jednak to, że przyczyn swojego zachowania mógł upatrywać w osobie dziewczyny, w samym sobie zamiast w wpływie wywieranym przez ten ośrodek na odwiedzających go. Za to z prawdziwą uwagą wsłuchiwał się w głos swojej kuzynki, z którą łączyła go luźna, zielona nić powiązań. Taka sama łączyła go z Ambrosią, nawet jak czasem dochodziło pomiędzy nimi do spięć na tle zawodowym. Z pozostałymi nie łączyły go wyraźne nici powiązań - te dopiero mogły powstać. Z Alexandrem będzie mieć znikome albo niezbyt pozytywne relacje. Jeśli chodzi o Morpheusa to trudno powiedzieć - z wyraźnym zaskoczeniem przyjął to, że ten czarodziej nałożył mu na głowę wianek.
— Nie chcesz go zatrzymać? — To pytanie skierował do tego mężczyzny, który w tak bezpośredni sposób podarował mu ten wianek. Niewykluczone, że doszło do jakieś pomyłki. To wszystko na moment straciło na znaczeniu. W tym momencie doświadczył wizji, przychodzącej jak zawsze niespodziewanie. Uciekające do góry oczy, odmawiające posłuszeństwa i zderzające się z twardym podłożem kolana, z których trudno będzie mu wstać o własnych siłach. Od uderzającego w nozdrza zapachu dymu zrobiło mu się niedobrze. Od tych płomieni nie było ucieczki. Niemożność zaczerpnięcia powietrza stanowiła bardzo niekorzystne połączenie ze słabymi płucami i krwią płynącą z nosa. Unosząca się w powietrza sylwetka nieznanego mu mężczyzny, rozbrzmiewający w jego głowie głos i drzewa wyciągające ku niemu swoje gałęzie niczym dłonie i wzbijające się ku górze korzenie. Będąca esencją wszelkiego życia krew... tak dużo krwi, dla niego za dużo. Za dużo połamanych kości. Krąg życia, którego motyw często do niego powraca.