25.04.2024, 22:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.05.2024, 21:10 przez Millie Moody.)
Kilkukrotnie zagryzła wąskie wargi, a oczy zabłysły jej gdy pokazał swoje ostrze. Plan nie był mądry, nie był nawet do końca planem, a impulsem, który przyszedł i przepłynął przez jej plecy, jak dziecko pioruna, które walnęło obok niej a jednak w nią. Kilka centymetrów wyżej i już by nie rozmawiali, już miałby spokój od laski, która nawet nie zamierzała pytać go jak ma na imię, czy też zdradzać swojego.
Zignorowała słodziutką, pieszczoszek, mógł mówić w sumie cokolwiek. Byli trochę jak seans spirytystyczny bez żywych, co przyzywali martwych na pogaduszki. Albo przyzywali martwych, żeby ich odesłać, wykopać ze świata egzystencji. Tu nikt nie był żywy, dwa blade, pochudłe kościotrupy obciągnięte skórą, udawały, że wiedzą coś na temat życia, podrygując chwilę temu w spazmie niezrozumiałych dla nich ruchów. Martwi nie rozmnażają się, nie przynoszą na świat potomstwa. Tylko śmierć i zgniliznę.
Wzięła nóż i momentalnie wsadził sobie go tępą stroną w usta, zagryzając mocno tak, by narzędzie jej nie wypadło. Dłońmi chwyciła czarne, splątane włosy, długie, mające całkiem niezły potencjał na bycie czymś pięknym. Może w kolejnej inkarnacji? Skręciła je tak, aby przypominały raczej splecioną linę, po czym wzięła znów ostrze i zaczęła ciąć. Dobre ostrze przechodziło łatwo przez martwe komórki, ścięte tuż przy uchu, wszystkie zgarnięte tylko na jedną stronę rozsypały się asymetrycznie ciesząc się chwilowym jeszcze trwaniem na głowie. Obumarła kitka wylądowała przy stopach mężczyzny, a dziewczyna nie zatrzymywała się w akcie destrukcji, najwidocznie zamierzając pozbyć się na głowie wszystkiego, wszystkiego z głowy.
To i tak nie był ten kolor – myślała kompulsywnie, nienawidząc wszystkiego czym była Nie ten kolor, nie to ciało, nie to życie... Wściekłość mieszała się z bezsilnością i rozpaczą. Może wystarczyło pogadać. Może wystarczyło kogokolwiek poprosić o pomoc. Może zamiast tego powinna jednak poprosić o narkotyki i zafundować sobie złoty strzał w jedną stronę. Może. Ale tu i teraz, wolała zabijać swoje myśli, pozbywać się ich jedna po drugiej, jak Kostucha, nieść dobrą nowinę i tak już martwym czarnym sterczącym z głowy cienkim patykom.
Co jakiś czas w chaosie, w szarpaninie, zacinała się lekko. O ucho, o skórę skalpu, jednak nie miało to dla nie znaczenia, w końcu ostrze raz odsłonięte, powinno zasmakować krwi przed ponownym ukryciem w pochwie. Prawda była też taka, że była na tyle znieczulona, że nie zauważała tych czerwonych szram, tego że do zaschniętej krwi dołączała nieco świeższa. To i tak. Nie miało. Znaczenia.
Zignorowała słodziutką, pieszczoszek, mógł mówić w sumie cokolwiek. Byli trochę jak seans spirytystyczny bez żywych, co przyzywali martwych na pogaduszki. Albo przyzywali martwych, żeby ich odesłać, wykopać ze świata egzystencji. Tu nikt nie był żywy, dwa blade, pochudłe kościotrupy obciągnięte skórą, udawały, że wiedzą coś na temat życia, podrygując chwilę temu w spazmie niezrozumiałych dla nich ruchów. Martwi nie rozmnażają się, nie przynoszą na świat potomstwa. Tylko śmierć i zgniliznę.
Wzięła nóż i momentalnie wsadził sobie go tępą stroną w usta, zagryzając mocno tak, by narzędzie jej nie wypadło. Dłońmi chwyciła czarne, splątane włosy, długie, mające całkiem niezły potencjał na bycie czymś pięknym. Może w kolejnej inkarnacji? Skręciła je tak, aby przypominały raczej splecioną linę, po czym wzięła znów ostrze i zaczęła ciąć. Dobre ostrze przechodziło łatwo przez martwe komórki, ścięte tuż przy uchu, wszystkie zgarnięte tylko na jedną stronę rozsypały się asymetrycznie ciesząc się chwilowym jeszcze trwaniem na głowie. Obumarła kitka wylądowała przy stopach mężczyzny, a dziewczyna nie zatrzymywała się w akcie destrukcji, najwidocznie zamierzając pozbyć się na głowie wszystkiego, wszystkiego z głowy.
To i tak nie był ten kolor – myślała kompulsywnie, nienawidząc wszystkiego czym była Nie ten kolor, nie to ciało, nie to życie... Wściekłość mieszała się z bezsilnością i rozpaczą. Może wystarczyło pogadać. Może wystarczyło kogokolwiek poprosić o pomoc. Może zamiast tego powinna jednak poprosić o narkotyki i zafundować sobie złoty strzał w jedną stronę. Może. Ale tu i teraz, wolała zabijać swoje myśli, pozbywać się ich jedna po drugiej, jak Kostucha, nieść dobrą nowinę i tak już martwym czarnym sterczącym z głowy cienkim patykom.
Co jakiś czas w chaosie, w szarpaninie, zacinała się lekko. O ucho, o skórę skalpu, jednak nie miało to dla nie znaczenia, w końcu ostrze raz odsłonięte, powinno zasmakować krwi przed ponownym ukryciem w pochwie. Prawda była też taka, że była na tyle znieczulona, że nie zauważała tych czerwonych szram, tego że do zaschniętej krwi dołączała nieco świeższa. To i tak. Nie miało. Znaczenia.