20.12.2022, 20:35 ✶
Zagościć ład, huh? Czcze marzenia, które nie miały się ziścić. Nie było w tym wszystkim żadnego zorganizowania, żadnej harmonii, czy gotowego schematu, którego dałoby się trzymać. Z każdą sekundą tworzył się coraz większy chaos, jak gdyby ktoś otworzył puszkę Pandory i przestał panować nad tym, co się z niej wydobywało. Mógł zrzucić to na karb ostatnio nieprzespanych nocy. Usprawiedliwiać rozkojarzeniem i zdenerwowaniem, które wywoływał w nim nawet najmniejszy impuls. Wystarczyło tknąć go palcem, a posypałyby się iskry. On sam rozpadłby się na kawałki pod natłokiem sytuacji, które mu się przytrafiały. Jego własny umysł obracał się przeciwko niemu, podsyłając mu obrazy, których oczy nie powinny ujrzeć.
Co go zaciągnęło pod Białą Wiwernę? Przeznaczenie, czy zwykłe przyzwyczajenie? Sądził, że nogi same go tam poniosły, ale najwyraźniej los kpił sobie z niego w żywe oczy. Do pełni (nie)szczęścia brakowało mu jeszcze rozbudzenia koszmarów młodości. Rozkopania grobu, który już dawno przystroił zniczem. Jak w ogóle zwracać się do kogoś, z kogo istnieniem już dawno się pożegnało! Świętej pamięci Saurielu Rookwoodzie… a żebyś się wyjebał w tę chlapę na głupi ryj? Tak właśnie się czuł, idąc w jego stronę. Niewyobrażalnie wściekły, nawet jeśli w głębi odetchnął z ulgą, że nadal stał na nogach w tej swojej irytującej ramonesce. Złościł się nawet o to, bo sam stracił swoją nową skórzaną kurtkę gdzieś w morskich falach, razem z zawartością kieszeni. Czy żałował? Wciąż nie, pewnie nigdy nie miało do tego dojść. Po prostu było mu szkoda. W ten głupi, dziecinny sposób, kiedy tracisz zabawkę i musisz pogodzić się z tym, że nie otrzymasz nowej.
Sauriel mógł sobie wmawiać, że popalił wszystkie mosty, ale… Nie groziło się pożarem osobie, która się ich bała, bo w akcie paniki mogła obrócić ten ogień przeciwko tobie.
Im bliżej się znajdował, tym bardziej był przekonany, że nie mógłby pomylić tej gęby z nikim innym. Znajome ściągnięcie brwi i spojrzenie mówiące: mam na ciebie wyjebane, które oglądał setki razy na przestrzeni lat. Miał prawo się zdenerwować, prawda? Bywały momenty, że wracał do tych bezsensownych wspomnień, szukając uwolnienia od aktualnego życia. To te chwile, kiedy jeszcze myśleli, że cały świat stał przed nimi otworem i mogli dokonać wszystkiego, czego chcieli. Życie jest paskudne i człowiek uświadamia to sobie dopiero w momencie, kiedy ktoś wyleje na niego wiadro pełne pomyj.
Dudnienie muzyki przytłumionej przez zamknięte drzwi pubu zgrywało się z biciem jego serca. Miał wrażenie, że uderzenia basu płyną w jego żyłach, wywołując drganie w całym ciele. Aż go mrowiło, żeby coś zrobić. Rozbić te przeklęte, rozświetlone szyby Białej Wiwerny i wypuścić dźwięk na zewnątrz.
- Nie masz mi nic do powiedzenia? – zapytał, nie widząc żadnej reakcji. Tik tak, Sauriel, tik tak. Zacisnął szczękę, mrużąc oczy w półmroku panującym na Nokturnie. Capiło alkoholem i czymś słodkim, jakby rozkładem, ale nie chciał sprawdzać czego. Jeśli będzie tak dłużej stał, pewnie dołączy do trupa w ślepej alejce: człowieka czy psa, Merlin jeden wie.
Wrzało w nim z emocji, które od jakiegoś czasu tłumił, nie mając ich na czym wyżyć. Jak niby miał sobie pomóc? Pijąc z Norą w jej kawiarni, będącej azylem dla obojga tuż po jej zamknięciu? Tam nie było brawury, bezmyślności, przyzwolenia na destrukcję. Mógłby trafić dawnego przyjaciela jakąś klątwą, ale na niewiele by się to zdało. Nie przejąłby się. Musiał z nim porozmawiać w jego własnym języku. Niewiele myśląc zacisnął pięść i trzasnął go w twarz, z braku cela trafiając gdzieś między okiem a nosem. To za to, że zniknąłeś.
Co go zaciągnęło pod Białą Wiwernę? Przeznaczenie, czy zwykłe przyzwyczajenie? Sądził, że nogi same go tam poniosły, ale najwyraźniej los kpił sobie z niego w żywe oczy. Do pełni (nie)szczęścia brakowało mu jeszcze rozbudzenia koszmarów młodości. Rozkopania grobu, który już dawno przystroił zniczem. Jak w ogóle zwracać się do kogoś, z kogo istnieniem już dawno się pożegnało! Świętej pamięci Saurielu Rookwoodzie… a żebyś się wyjebał w tę chlapę na głupi ryj? Tak właśnie się czuł, idąc w jego stronę. Niewyobrażalnie wściekły, nawet jeśli w głębi odetchnął z ulgą, że nadal stał na nogach w tej swojej irytującej ramonesce. Złościł się nawet o to, bo sam stracił swoją nową skórzaną kurtkę gdzieś w morskich falach, razem z zawartością kieszeni. Czy żałował? Wciąż nie, pewnie nigdy nie miało do tego dojść. Po prostu było mu szkoda. W ten głupi, dziecinny sposób, kiedy tracisz zabawkę i musisz pogodzić się z tym, że nie otrzymasz nowej.
Sauriel mógł sobie wmawiać, że popalił wszystkie mosty, ale… Nie groziło się pożarem osobie, która się ich bała, bo w akcie paniki mogła obrócić ten ogień przeciwko tobie.
Im bliżej się znajdował, tym bardziej był przekonany, że nie mógłby pomylić tej gęby z nikim innym. Znajome ściągnięcie brwi i spojrzenie mówiące: mam na ciebie wyjebane, które oglądał setki razy na przestrzeni lat. Miał prawo się zdenerwować, prawda? Bywały momenty, że wracał do tych bezsensownych wspomnień, szukając uwolnienia od aktualnego życia. To te chwile, kiedy jeszcze myśleli, że cały świat stał przed nimi otworem i mogli dokonać wszystkiego, czego chcieli. Życie jest paskudne i człowiek uświadamia to sobie dopiero w momencie, kiedy ktoś wyleje na niego wiadro pełne pomyj.
Dudnienie muzyki przytłumionej przez zamknięte drzwi pubu zgrywało się z biciem jego serca. Miał wrażenie, że uderzenia basu płyną w jego żyłach, wywołując drganie w całym ciele. Aż go mrowiło, żeby coś zrobić. Rozbić te przeklęte, rozświetlone szyby Białej Wiwerny i wypuścić dźwięk na zewnątrz.
- Nie masz mi nic do powiedzenia? – zapytał, nie widząc żadnej reakcji. Tik tak, Sauriel, tik tak. Zacisnął szczękę, mrużąc oczy w półmroku panującym na Nokturnie. Capiło alkoholem i czymś słodkim, jakby rozkładem, ale nie chciał sprawdzać czego. Jeśli będzie tak dłużej stał, pewnie dołączy do trupa w ślepej alejce: człowieka czy psa, Merlin jeden wie.
Wrzało w nim z emocji, które od jakiegoś czasu tłumił, nie mając ich na czym wyżyć. Jak niby miał sobie pomóc? Pijąc z Norą w jej kawiarni, będącej azylem dla obojga tuż po jej zamknięciu? Tam nie było brawury, bezmyślności, przyzwolenia na destrukcję. Mógłby trafić dawnego przyjaciela jakąś klątwą, ale na niewiele by się to zdało. Nie przejąłby się. Musiał z nim porozmawiać w jego własnym języku. Niewiele myśląc zacisnął pięść i trzasnął go w twarz, z braku cela trafiając gdzieś między okiem a nosem. To za to, że zniknąłeś.