26.04.2024, 01:10 ✶
Nic jej nie było w stanie powstrzymać. No dobra, gdyby się Millie postarała, to z łatwością by ją od tej dewastacji rozkładu odwiodła, ale może był to ten element zaskoczenia, który zastosowała blondynka. Wariatko, to też bardzo dobrze powiedziane, bo Ambrosia nie czuła się w tym momencie ani odrobinę poczytalna. Ale prawda była taka, że nie czuła się taka już od czternastego marca, daty swoich cudownych urodzin, które wyznaczały pierwszy dzień wtrącenia jej do jakiegoś osobistego piekła. Gorzej, do jej własnego Limbo, które nie chciało tak zwyczajnie odejść, jak te pospolite wizje których doświadczał każdy Trelawney.
- Ale nie muszę na nie patrzeć - zgromiła kuzynkę spojrzeniem, jakby udawała głupszą niż jest w rzeczywistości. Zaśmiała się zaraz przy tym, może odrobinę obłąkańczo, ale była w tym już o wiele większa swoboda. Rozluźniła się nieco, trochę zachęcona do tego śmiechem, którym obdarzyła ją Millie.
- Dobra, niech ci będzie. Wolę już tak niż być psychoseksualnie analizowana przez te zasrane kartoniki. Wódki nie mam, ale mam bimber, kochana - zakomunikowała. Biber i to najwyższej klasy, bo się Stanley postarał, dając go jej w prezencie. Brakowało tylko ogórków, ale na te liczyła w sezonie letnim.
Nie wstała jednak od razu. Coś w dalszych słowach kobiety sprawiło, że skrzywiła się na moment, przez moment zastanawiając, zanim nie uniosła się gwałtownie, żeby chwycić Mildred za rękę i spojrzeć jej uważnie w żółte oczy.
- To Beltane to nic dobrego - jej głos był chropowaty, dziwnie różny od zwyczajowego szczebiotania lub zezłoszczonego utyskiwania, w które często popadała. Nauczyła się go, oczywiście, bo zdążyła się nasłuchać przez lata jasnowidzów, którzy w podobny sposób wypowiadali swoje przepowiednie. Było w nim coś metalicznego i odległego, w co uderzała podświadomie, im większe niepewności ją nachodziły odnośnie sabatu. - Możesz wdrapywać się na pal dla kogo tylko chcesz, ale nie zostawaj sama. Bo cokolwiek przyniesie święto, stanie się krzywda - palce zaciskały się na nadgarstku Moody mocniej i mocniej, a Ambrosia kiedy skończyła mówić, przez moment jeszcze spoglądała na nią badawczo. W końcu jednak rozluźniła uścisk, cofając się i wstając zaraz, jak gdyby nigdy nic.
W Ministerstwie już panowało swojego rodzaju poruszenie z powodu sabatu. Postarano się o zwiększenie patroli, jakby ktoś u góry przewidywał większe problemy w tym roku. Zakon z resztą też robił swoje, podążając za rozrzuconymi tropami, za sprawą kamienia runicznego i starając się odpowiednio zabezpieczyć przed wielką niewiadomą, jaką było to co właściwie szykował Czarny Pan. Ambrosia co prawda nie wiedziała o żadnej z tych rzeczy, ale miała Alexandra. I nawet, jeśli była na niego obrażona to wiedziała, że nie bez powodu by ją ostrzegał, by nie iść na tegoroczny sabat. Z resztą, miała inne rzeczy do roboty, bo cieniejąca zasłona między życiem a śmiercią pozwalała odesłać bezpiecznie duchy na druga stronę i głównie to czekało na nią podczas Beltane.
Ruszyła do kuchni, zostawiając Moody na chwilę samą, żeby zrobiła porządek z tymi swoimi rozpizgniętymi kartami i przetrawiła to, co usłyszała. Wróciła dość szybko, klekocząc butelkami. Bimber raz, winiacz raz - nawet nie gimnastykowała się specjalnie, żeby przynieść coś wyższych lotów, bo czuła że im szybciej ją ten koktajl sponiewiera, tym lepiej i dla niej i dla jej szanownego gościa.
Machnęła różdżką, nią przywołując z pobliskiego kredensu szklanki. Ładne, z rzniętego kryształu, które sama już nie wiedziała skąd miała. Ustawiwszy je na boku stolika, pozwoliła Millie dysponować piciem, bo sama złapała za swoją talię i zaczęła ją tasować.
- Sercowe, tak? Na to co zwykle, niech będzie. Mam nadzieję że nie oszukujesz i faktycznie mi się aż humor poprawi, jak na nie spojrzę - uśmiechnęła się złośliwie do Mills i zaczęła wykładać na blat kolejne karty.
- Ale nie muszę na nie patrzeć - zgromiła kuzynkę spojrzeniem, jakby udawała głupszą niż jest w rzeczywistości. Zaśmiała się zaraz przy tym, może odrobinę obłąkańczo, ale była w tym już o wiele większa swoboda. Rozluźniła się nieco, trochę zachęcona do tego śmiechem, którym obdarzyła ją Millie.
- Dobra, niech ci będzie. Wolę już tak niż być psychoseksualnie analizowana przez te zasrane kartoniki. Wódki nie mam, ale mam bimber, kochana - zakomunikowała. Biber i to najwyższej klasy, bo się Stanley postarał, dając go jej w prezencie. Brakowało tylko ogórków, ale na te liczyła w sezonie letnim.
Nie wstała jednak od razu. Coś w dalszych słowach kobiety sprawiło, że skrzywiła się na moment, przez moment zastanawiając, zanim nie uniosła się gwałtownie, żeby chwycić Mildred za rękę i spojrzeć jej uważnie w żółte oczy.
- To Beltane to nic dobrego - jej głos był chropowaty, dziwnie różny od zwyczajowego szczebiotania lub zezłoszczonego utyskiwania, w które często popadała. Nauczyła się go, oczywiście, bo zdążyła się nasłuchać przez lata jasnowidzów, którzy w podobny sposób wypowiadali swoje przepowiednie. Było w nim coś metalicznego i odległego, w co uderzała podświadomie, im większe niepewności ją nachodziły odnośnie sabatu. - Możesz wdrapywać się na pal dla kogo tylko chcesz, ale nie zostawaj sama. Bo cokolwiek przyniesie święto, stanie się krzywda - palce zaciskały się na nadgarstku Moody mocniej i mocniej, a Ambrosia kiedy skończyła mówić, przez moment jeszcze spoglądała na nią badawczo. W końcu jednak rozluźniła uścisk, cofając się i wstając zaraz, jak gdyby nigdy nic.
W Ministerstwie już panowało swojego rodzaju poruszenie z powodu sabatu. Postarano się o zwiększenie patroli, jakby ktoś u góry przewidywał większe problemy w tym roku. Zakon z resztą też robił swoje, podążając za rozrzuconymi tropami, za sprawą kamienia runicznego i starając się odpowiednio zabezpieczyć przed wielką niewiadomą, jaką było to co właściwie szykował Czarny Pan. Ambrosia co prawda nie wiedziała o żadnej z tych rzeczy, ale miała Alexandra. I nawet, jeśli była na niego obrażona to wiedziała, że nie bez powodu by ją ostrzegał, by nie iść na tegoroczny sabat. Z resztą, miała inne rzeczy do roboty, bo cieniejąca zasłona między życiem a śmiercią pozwalała odesłać bezpiecznie duchy na druga stronę i głównie to czekało na nią podczas Beltane.
Ruszyła do kuchni, zostawiając Moody na chwilę samą, żeby zrobiła porządek z tymi swoimi rozpizgniętymi kartami i przetrawiła to, co usłyszała. Wróciła dość szybko, klekocząc butelkami. Bimber raz, winiacz raz - nawet nie gimnastykowała się specjalnie, żeby przynieść coś wyższych lotów, bo czuła że im szybciej ją ten koktajl sponiewiera, tym lepiej i dla niej i dla jej szanownego gościa.
Machnęła różdżką, nią przywołując z pobliskiego kredensu szklanki. Ładne, z rzniętego kryształu, które sama już nie wiedziała skąd miała. Ustawiwszy je na boku stolika, pozwoliła Millie dysponować piciem, bo sama złapała za swoją talię i zaczęła ją tasować.
- Sercowe, tak? Na to co zwykle, niech będzie. Mam nadzieję że nie oszukujesz i faktycznie mi się aż humor poprawi, jak na nie spojrzę - uśmiechnęła się złośliwie do Mills i zaczęła wykładać na blat kolejne karty.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror
Spoiler