26.04.2024, 08:39 ✶
Dźwięk silnika oddalał się, aż w końcu umilkł całkiem, kiedy samochód wyjechał z wioski, jeszcze zanim Millie zdołała wygrzebać się z zaspy. Kierowca nawet nie zwolnił, nie mówiąc już o zatrzymaniu się, by sprawdzić, czy jego niedoszła ofiara nie ucierpiała.
Zdawało się jej, że słyszy dobiegające z dala nawoływania ptaka i krzyk Lelka Wróżebnika brzmiał teraz prawie jak śmiech. Ale może zwodziły ją zmysły, ciało odmawiało już posłuszeństwa, i stąd w jej uszach rozbrzmiewały dźwięki, których wcale nie było? Przecież kobieta i lelek pozostali za nią, w lesie. Wstanie z tej śnieżnej zaspy było chyba jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie Moody zrobiła w całym swoim życiu. Była teraz nie tylko cała mokra i przemarznięta, ale też oblepiona śniegiem, który przylgnął do wilgotnej płaszcza, wpadł za kołnierz, dostał się do butów, topniał na szyi, zebrał się w kapturze…
Śmierć sięgnie po ciebie trzy razy, powiedziała dziwna kobieta, wariatka, włóczęga. A może jasnowidzka lub wróżbiarka? Bo przecież Millie już dwa razy wymknęła się nieszczęściu, umknęła z zimnej rzeki, uskoczyła przed autem, tylko… czy na pewno już wywinęła się śmierci? Czy miało spotkać ją trzecie nieszczęście, czy może tym trzecim nieszczęściem było samo zimno, wprawiające w drżenie drobne ciało, odbierające kobiecie siły.
Domy znajdowały się blisko. Wyglądały zupełnie normalnie. Ten bliższy nie znikał, gdy Miles się do niego zbliżała, nic się nie zmieniało w jego wyglądzie, to nie był żaden sen, żadna wizja, podsunięta przez płynącą w jej krwi krew Trelawneyów. Światło padało z okien, jasny blask walczył z zapadającą ciemnością.
Jeszcze tylko kilka kroków… jeszcze odrobina wysiłku…
Gdzieś w domu rozszczekał się pies, chyba zdając sobie sprawę z tego, że ktoś znalazł się w pobliżu. Z domu dobiegły jakieś głosy, a chwilę później drzwi uchyliły się lekko – najwyraźniej właściciel uznał, że pies potrzebuje wyjść na podwórko. I w ciemnościach, które zapadły tuż po zmierzchu, młody mężczyzna, pewnie tuż po Hogwarcie, dostrzegł zbliżającą się Miles. Poruszała się trochę dziwnie, oblepiona była śniegiem i lodem i…
– Upiór! – krzyknął właściciel domu z przestrachem. Pechowo dla niej: czarodziej. Nie czystokrwisty pewnie, mieszkał w zwykłym, niedużym domu, dość podobnym do tych mugolskich, ale czarodziej. Sięgnął bowiem po różdżkę i czerwony promień przeleciał tuż obok jej głowy.
Najwyraźniej to była ta trzecia niespodzianka, którą tego dnia miał przynieść Mildred Moody los.
Zdawało się jej, że słyszy dobiegające z dala nawoływania ptaka i krzyk Lelka Wróżebnika brzmiał teraz prawie jak śmiech. Ale może zwodziły ją zmysły, ciało odmawiało już posłuszeństwa, i stąd w jej uszach rozbrzmiewały dźwięki, których wcale nie było? Przecież kobieta i lelek pozostali za nią, w lesie. Wstanie z tej śnieżnej zaspy było chyba jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie Moody zrobiła w całym swoim życiu. Była teraz nie tylko cała mokra i przemarznięta, ale też oblepiona śniegiem, który przylgnął do wilgotnej płaszcza, wpadł za kołnierz, dostał się do butów, topniał na szyi, zebrał się w kapturze…
Śmierć sięgnie po ciebie trzy razy, powiedziała dziwna kobieta, wariatka, włóczęga. A może jasnowidzka lub wróżbiarka? Bo przecież Millie już dwa razy wymknęła się nieszczęściu, umknęła z zimnej rzeki, uskoczyła przed autem, tylko… czy na pewno już wywinęła się śmierci? Czy miało spotkać ją trzecie nieszczęście, czy może tym trzecim nieszczęściem było samo zimno, wprawiające w drżenie drobne ciało, odbierające kobiecie siły.
Domy znajdowały się blisko. Wyglądały zupełnie normalnie. Ten bliższy nie znikał, gdy Miles się do niego zbliżała, nic się nie zmieniało w jego wyglądzie, to nie był żaden sen, żadna wizja, podsunięta przez płynącą w jej krwi krew Trelawneyów. Światło padało z okien, jasny blask walczył z zapadającą ciemnością.
Jeszcze tylko kilka kroków… jeszcze odrobina wysiłku…
Gdzieś w domu rozszczekał się pies, chyba zdając sobie sprawę z tego, że ktoś znalazł się w pobliżu. Z domu dobiegły jakieś głosy, a chwilę później drzwi uchyliły się lekko – najwyraźniej właściciel uznał, że pies potrzebuje wyjść na podwórko. I w ciemnościach, które zapadły tuż po zmierzchu, młody mężczyzna, pewnie tuż po Hogwarcie, dostrzegł zbliżającą się Miles. Poruszała się trochę dziwnie, oblepiona była śniegiem i lodem i…
– Upiór! – krzyknął właściciel domu z przestrachem. Pechowo dla niej: czarodziej. Nie czystokrwisty pewnie, mieszkał w zwykłym, niedużym domu, dość podobnym do tych mugolskich, ale czarodziej. Sięgnął bowiem po różdżkę i czerwony promień przeleciał tuż obok jej głowy.
Najwyraźniej to była ta trzecia niespodzianka, którą tego dnia miał przynieść Mildred Moody los.