26.04.2024, 11:50 ✶
Przygryzł wargę i zacisnął palce wolnej ręki na burcie, kiedy zaczęły zalewać go kolory. Nie słyszał już odpowiedzi Geraldine, ani komentarzy Laurenta; widział jedynie plamy fioletu na tle bezkresnej czerni. Wszystkie inne dźwięki stały się jakby przytłumione, zagłuszone przez jego własny przyśpieszony oddech oraz szum pulsującej krwi. Rozglądał się - wyraźnie zaniepokojony - patrzył na swe dłonie, wodził spojrzeniem po twarzach wszystkich zebranych. Jak możecie być tacy beztroscy, karcił ich w myślach. Laurent. Wypowiedział jego imię. Spojrzał na niego i poczuł się tak, jakby ktoś uderzył go obuchem w głowę. Ta czerń nadal wyciągała ku niemu swoje macki; mało tego, zdawała się mocniejsza, bardziej ciemniejsza. Nie!, chciał krzyczeć, wyciągnąć ku niemu swe ramiona, rzucić się na tył łódki i schować go w swoich ramionach, odbić fioletowym światłem czyhającą na niego ciemność. Ale nie umiał się ruszyć z miejsca.
Po jego reakcjach nie trudno było dojść do wniosku, że widział coś, co było ukryte przed oczami reszty. I czuł się niezwykle samotny w tym doznaniu. Z dezorientacji wyrwała go strofa Victorii; jakby jej wzburzony głos stanowił most pomiędzy rzeczywistością, a koszmarem, który rozgrywał się wokół niego. Przeszedł po nim - spolegliwy, jak zbesztany uczeń - a kiedy znalazł się po drugiej stronie, coś butnego zaiskrzyło w jego spojrzeniu.
— Skąd wiedziałaś, że... — umilkł i wstrzymał oddech, lustrując ją uważnie onyksem tęczówek z niepokojem odciskającym swe piętno na jego licu; wreszcie wypuścił powietrze z płuc, gwałtownie, jakby właśnie zdał sobie z czegoś sprawę, lecz to wcale nie wygładziło jego rysów - wręcz przeciwnie, zgryzota stała się jeszcze bardziej widoczna — Przepraszam, Victorio. Nie miałem w planach... Mój dar jest tutaj inny. Silniejszy, niż kiedykolwiek. Nigdy wcześniej nie przebiłem się przez tarczę oklumenty, wiesz? Nigdy. I tylko kilka razy w życiu udało mi się zobaczyć aurę więcej niż jednej osoby naraz. Chciałem przede wszystkim wiedzieć, czy ta czerń nadal wisi nad Laurentem, a widzę was wszystkich.
A potem opanowanie całkowicie go opuściło. Pochylił się do przodu i ukrył twarz w dłoniach, a potem... rozpłakał się. To był szloch udręczonego człowieka, na którego spadło nagle coś, czego dłużej nie był w stanie udźwignąć. I było mu ogromnie wstyd z tego powodu, dlatego nie odważył się spojrzeć na żadne z nich.
— Jest gorzej niż myślałem — załkał żałośnie — Jezioro... Ono jest czarne. Pełne nienawiści, destrukcji i wszystkich negatywnych emocji. Takie aury mają źli ludzie. Przepraszam, przepraszam za to, że jestem... taki, ale tego jest tak wiele, to mnie przytłacza i nie mogę dłużej... To ponad moje siły. I ten mrok wiszący nad Laurentem... Stał się wyraźniejszy, jakby nabrał mocy i... wydaje mi się, że to ma związek z tym, że Laurent jest selkie i chyba... — podniósł wreszcie spojrzenie zaczerwienionych oczu na Prewetta — Chyba jesteś w jakimś niebezpieczeństwie.
A ja nie wiem jak mam cię chronić. Nie powinieneś wypływać z nami na jezioro. Może jeszcze uda im się zawrócić? Obejrzał się za siebie. Wyspa wydawała się bliżej, ale wcale nie poczuł z tego powodu ulgi. Wytarł mokrą od łez twarz chusteczka żałośnie pomiętą pomiędzy jego palcami i znów zwrócił swe zatroskane spojrzenie ku Laurentowi.
Po jego reakcjach nie trudno było dojść do wniosku, że widział coś, co było ukryte przed oczami reszty. I czuł się niezwykle samotny w tym doznaniu. Z dezorientacji wyrwała go strofa Victorii; jakby jej wzburzony głos stanowił most pomiędzy rzeczywistością, a koszmarem, który rozgrywał się wokół niego. Przeszedł po nim - spolegliwy, jak zbesztany uczeń - a kiedy znalazł się po drugiej stronie, coś butnego zaiskrzyło w jego spojrzeniu.
— Skąd wiedziałaś, że... — umilkł i wstrzymał oddech, lustrując ją uważnie onyksem tęczówek z niepokojem odciskającym swe piętno na jego licu; wreszcie wypuścił powietrze z płuc, gwałtownie, jakby właśnie zdał sobie z czegoś sprawę, lecz to wcale nie wygładziło jego rysów - wręcz przeciwnie, zgryzota stała się jeszcze bardziej widoczna — Przepraszam, Victorio. Nie miałem w planach... Mój dar jest tutaj inny. Silniejszy, niż kiedykolwiek. Nigdy wcześniej nie przebiłem się przez tarczę oklumenty, wiesz? Nigdy. I tylko kilka razy w życiu udało mi się zobaczyć aurę więcej niż jednej osoby naraz. Chciałem przede wszystkim wiedzieć, czy ta czerń nadal wisi nad Laurentem, a widzę was wszystkich.
A potem opanowanie całkowicie go opuściło. Pochylił się do przodu i ukrył twarz w dłoniach, a potem... rozpłakał się. To był szloch udręczonego człowieka, na którego spadło nagle coś, czego dłużej nie był w stanie udźwignąć. I było mu ogromnie wstyd z tego powodu, dlatego nie odważył się spojrzeć na żadne z nich.
— Jest gorzej niż myślałem — załkał żałośnie — Jezioro... Ono jest czarne. Pełne nienawiści, destrukcji i wszystkich negatywnych emocji. Takie aury mają źli ludzie. Przepraszam, przepraszam za to, że jestem... taki, ale tego jest tak wiele, to mnie przytłacza i nie mogę dłużej... To ponad moje siły. I ten mrok wiszący nad Laurentem... Stał się wyraźniejszy, jakby nabrał mocy i... wydaje mi się, że to ma związek z tym, że Laurent jest selkie i chyba... — podniósł wreszcie spojrzenie zaczerwienionych oczu na Prewetta — Chyba jesteś w jakimś niebezpieczeństwie.
A ja nie wiem jak mam cię chronić. Nie powinieneś wypływać z nami na jezioro. Może jeszcze uda im się zawrócić? Obejrzał się za siebie. Wyspa wydawała się bliżej, ale wcale nie poczuł z tego powodu ulgi. Wytarł mokrą od łez twarz chusteczka żałośnie pomiętą pomiędzy jego palcami i znów zwrócił swe zatroskane spojrzenie ku Laurentowi.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory