— Wydaje mi się, że widziałem gdzieś Brennę — odpowiedział Mildred, nawet jeśli tego nie oczekuje.
Od czarodzieja rozciągał się krwioobieg całej drużyny, on był sercem, a od niego odchodziły aorty, żyły, cały układ krwionośny. Nici Morpheusa różniły się od siebie grubością, ta związana z Leonem niemal nie istniała, cieniutka, wiotka jak pajęczyna, naczynka włosowe, natomiast te związane z Rosie i Mildred przypominały równy, dokładnie i elegancko zapleciony warkocz na głowie pensjonariuszki, kontrolowane i stabilne, pełniące funkcję tętnic. Była również gęsta nić pędząca wprost do Alexandra, nieco poszarpana, najbardziej pulsująca, żywa, niemal pragnąca ekspansji, a jednocześnie pełna pustych przestrzeni, łatwiejsza do rozerwania.
— Tak. Sądzę, że energia tego miejsca wpływa na odbieranie innych osób — odpowiedział Alexandrowi. — Sądzę też, że jest to dosyć świeża ingerencja w ekosystem magiczny tego miejsca. Spodziewam się, że każdy z nas obecnych tutaj może paść jego ofiarą, skoro zadaje gwałt nawet oklumentom. Mój znajomy stał się nieufny wobec kogoś znajomego, tamte dwie kobiety zaborcze wobec siebie i agresywne, dlatego musimy uważać na odstające od normy dla nas zachowania.
Przed oczami stanęła mu wizja Peregrinusa, w kwietnym wianuszku, tym samym, który sam nosił na głowie, z poderżniętym gardłem, wpatrujący się w śliczne, jasne niebo Windermere. Miał odcięte dłonie. To nie była wizja profetyczna, ale wytwór zazdrosnego umysłu. Z pozornym spokojem zdjął z głowy swój wianek i bezmyślnie położył go na głowę pierwszej osoby obok, która nie była Millie, trafiając przy tym na Leona.
— Jakieś anomalie? — zapytał jeszcze Mulcibera, swoim bardzo służbowym tonem, w który wszedł już kilka chwil wcześniej, a który znali z pracy z nim, gdy skupiał się całkowicie na zagadnieniu. Zgodnie również ze swoimi możliwościami, postanowił zajrzeć za zasłonę teraźniejszości. Jego niemrugające oczy rozmyły się lekko, jakby zaszły łzami. Nie potrzebował widzieć, aby Widzieć.