26.04.2024, 14:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.05.2024, 23:38 przez Anthony Shafiq.)
Przyjemnie było spojrzeć na piękną twarz, ale zbyt doskonała uroda wywoływała obojętność lub lekkie poczucie upokorzenia samym faktem spoglądania na nią. Znamię, pieprzyk, blizna, to wszystko powodowało, że piękna twarz była nie tylko podziwiana, ale, a może przede wszystkim lubiana. Błękitna karta, wrażliwy punkt mógł uczynić go ostatecznie bardziej lubianym. Kto nie zmagał się z wygórowanymi oczekiwaniami rodziców, niech pierwszy rzuci kamieniem? Poza nad którą pracował wymagała skaz, wymagała tego, by profesorowie, czy uczniowie widzieli w nim jednak człowieka, a nie wyrachowaną wydmuszkę.
Ale nie węże... te gardziły słabością, tak jak ambasador Michael Benedict Shafiq nią gardził, tak jak jego pierworodny syn Thomas, który już opuścił zamkowe mury. Oni gardzili słabością, deptali ją butem. Musieli przecież czuć się lepsi, pewni siebie, zawsze zwycięzcy. Do bólu monotonni. Jednakowi, zbutowani ambicją swoich nazwisk i rodzin. Kto wie, może ten stary spruchniały artefakt katalogowała ich nie przez wzgląd na predyspozycje charakteru i spryt, a przez litość i ochronny wachlarz rozkładany nad nimi, ukrywający ich w podziemne lochy przed niezadowoleniem krewniaków. Niezadowoleniem, które Anthony odczuł na swojej skórze przywdziewając pierwszego dnia w Hogwarcie barwy głębokiego granatu. Oczywiście, jakiś potencjał musieli mieć w przeciwieństwie do domu Helgi Hufflepuff, domu słusznie osadzonego w piwnicy przy kuchni, norze przyszłej służby i rzemieślników zaspokajających podstawowe potrzeby. Czy był to jednak potencjał intelektualny? Ostatecznie niekończący się wyścig szczurów, płaszczenie się przed tym, który gardził najmocniej... To potrafiło być męczące. Czy nie była to więc dobra odmiana, na przełamanie mdłego, zielonkawego posmaku?
Anthony podniósł się ze swojego przyczółku, niespiesznie zagarnął do siebie tomik, który pozwolił mu przetrwać ostatnie godziny. Aby wyjść musiał wyminąć Mulcibera, choć absolutnie nie musiał przechodzić tak blisko. Nie musiał palcem zahaczać o dłoń starszego kolegi, opuszkiem przejeżdżać po bladej zimą skórze. Przeszedł wzdłuż regału dwa kroki, obok książek tak pięknie i równo ułożonych, a potem tym samym palcem wysunął jedną z nich o ćwierć cala w przód. Krukoni byli dobrze zorganizowani, znali rozkłady materiałów, zwyczaje pedagogów. Znali siedmioletni plan wytartych edukacyjnych ścieżek, opracowań i zadań, które były i będą przed nimi stawiane. To było potrzebne, by nie marnować czasu, by zgłębiać to, czego potrzebowali, co ich prawdziwie interesowało, a nie to co było od nich wymagane. Upokorzenie i strach było prostą drogą do stworzenia sobie potężnych wrogów. Anthony wierzył, i być może dlatego ostatecznie zamieszkał w wieży a nie w kanałach, że prawdziwą potęgę ofiarowywała wiedza, oraz adekwatne tej wiedzy przed nimi odsłanianie. Wolumin nie był odpowiedzią na problem, który został postawiony siódmemu rokowi przez Urquarta, ale zawierał solidnie zebraną bibliografię wraz ze streszczeniami najistotniejszych w niej pozycji. To czy Robert skorzysta z oferty, zależało już tylko od niego.
Ale nie węże... te gardziły słabością, tak jak ambasador Michael Benedict Shafiq nią gardził, tak jak jego pierworodny syn Thomas, który już opuścił zamkowe mury. Oni gardzili słabością, deptali ją butem. Musieli przecież czuć się lepsi, pewni siebie, zawsze zwycięzcy. Do bólu monotonni. Jednakowi, zbutowani ambicją swoich nazwisk i rodzin. Kto wie, może ten stary spruchniały artefakt katalogowała ich nie przez wzgląd na predyspozycje charakteru i spryt, a przez litość i ochronny wachlarz rozkładany nad nimi, ukrywający ich w podziemne lochy przed niezadowoleniem krewniaków. Niezadowoleniem, które Anthony odczuł na swojej skórze przywdziewając pierwszego dnia w Hogwarcie barwy głębokiego granatu. Oczywiście, jakiś potencjał musieli mieć w przeciwieństwie do domu Helgi Hufflepuff, domu słusznie osadzonego w piwnicy przy kuchni, norze przyszłej służby i rzemieślników zaspokajających podstawowe potrzeby. Czy był to jednak potencjał intelektualny? Ostatecznie niekończący się wyścig szczurów, płaszczenie się przed tym, który gardził najmocniej... To potrafiło być męczące. Czy nie była to więc dobra odmiana, na przełamanie mdłego, zielonkawego posmaku?
Anthony podniósł się ze swojego przyczółku, niespiesznie zagarnął do siebie tomik, który pozwolił mu przetrwać ostatnie godziny. Aby wyjść musiał wyminąć Mulcibera, choć absolutnie nie musiał przechodzić tak blisko. Nie musiał palcem zahaczać o dłoń starszego kolegi, opuszkiem przejeżdżać po bladej zimą skórze. Przeszedł wzdłuż regału dwa kroki, obok książek tak pięknie i równo ułożonych, a potem tym samym palcem wysunął jedną z nich o ćwierć cala w przód. Krukoni byli dobrze zorganizowani, znali rozkłady materiałów, zwyczaje pedagogów. Znali siedmioletni plan wytartych edukacyjnych ścieżek, opracowań i zadań, które były i będą przed nimi stawiane. To było potrzebne, by nie marnować czasu, by zgłębiać to, czego potrzebowali, co ich prawdziwie interesowało, a nie to co było od nich wymagane. Upokorzenie i strach było prostą drogą do stworzenia sobie potężnych wrogów. Anthony wierzył, i być może dlatego ostatecznie zamieszkał w wieży a nie w kanałach, że prawdziwą potęgę ofiarowywała wiedza, oraz adekwatne tej wiedzy przed nimi odsłanianie. Wolumin nie był odpowiedzią na problem, który został postawiony siódmemu rokowi przez Urquarta, ale zawierał solidnie zebraną bibliografię wraz ze streszczeniami najistotniejszych w niej pozycji. To czy Robert skorzysta z oferty, zależało już tylko od niego.