26.04.2024, 14:52 ✶
– Pewnie nie – odpowiedział zrezygnowany. Może gdyby jego różdżkę zobaczyła Florence lub ktoś z jego bliższych współpracowników... Na Matkę niech tylko nie pomyślą, że to różdżka pana Ferdynarda i gdzieś ją zamkną. Nie, no. Tak na pewno nie będzie. Różdżka pacjentka pewnie już jest gdzieś zabezpieczona. – Umówiłem się na jedzenie na przerwie z kilkoma osobami, więc może zaczną mnie szukać? – Przerwę miał za dwie godziny.
Spojrzał na Brenne w milczeniu. Jakimś dziwnym trafem jej słowa nieszczególnie go pocieszyły.
– Tak. Po prostu się stąd wydostańmy – zgodził się, teraz się zastanawiając, jak głupio by było jeśli jego różdżka rzeczywiście uznałaby, że woli kogoś kto śmieje się jak żaba i kradnie ludziom różdżki z kieszeni. Nie, zaraz, stop. Naprawdę stop. To nie był pojedynek. Nie stracił różdżki. Nic się nie stanie.
Kolejna próba.
Drzwi. Otwarte drzwi. Szkoda tylko, że nowe i że nie za bardzo pomogły im w czymkolwiek. Zerknął na Brennę. Zerknął na drzwi. A potem zerknął na różdżkę Brenny. Nie podobało mu się to, co chciał właśnie zasugerować, ale chyba nie było innego wyjścia.
– [/b]Ładne drzwi. Może... Ja spróbuję?[/b] – zasugerował, wiedząc, że mało kto, w tym on sam, byłby chętny do użyczenia komuś innemu swojej różdżki. Ale sytuacja była taka jaka była.
Brenna, po chwili zrozumiałego odciągania w końcu dala mu spróbować otworzyć drzwi. Przez chwilę się wahał. No dobrze. Alohomora. Proste zaklęcie. Nic trudnego. Musi się po prostu skoncentrować na alohomorze, a nie na tym, że po korytarzach może biegać pacjent, raniąc wszystkich jego rożdzką, śmiejąc się przy tym, jak żaba, a tak poza tym to Brenna dalej nie ma kości w palcach, a on chciał stąd wyjść przed lunchem.
– Alohomora!
Nic się nie stało.
Aż nagle usłyszał ciche chlup, a potem zbladł, bo zobaczył, że na ramię Brenny spadł... Palec. Cały zielony, zupełnie jakby miał należeć do jakiegoś żaboczłeka, zrośnięty z obu stron, a tak poza tym to nie wyglądał na prawdziwy, a jakby zrobiony z galaretki... Ale zdecydowanie był to zielony palec. Z galaretki.
Spojrzał na Brenne w milczeniu. Jakimś dziwnym trafem jej słowa nieszczególnie go pocieszyły.
– Tak. Po prostu się stąd wydostańmy – zgodził się, teraz się zastanawiając, jak głupio by było jeśli jego różdżka rzeczywiście uznałaby, że woli kogoś kto śmieje się jak żaba i kradnie ludziom różdżki z kieszeni. Nie, zaraz, stop. Naprawdę stop. To nie był pojedynek. Nie stracił różdżki. Nic się nie stanie.
Kolejna próba.
Drzwi. Otwarte drzwi. Szkoda tylko, że nowe i że nie za bardzo pomogły im w czymkolwiek. Zerknął na Brennę. Zerknął na drzwi. A potem zerknął na różdżkę Brenny. Nie podobało mu się to, co chciał właśnie zasugerować, ale chyba nie było innego wyjścia.
– [/b]Ładne drzwi. Może... Ja spróbuję?[/b] – zasugerował, wiedząc, że mało kto, w tym on sam, byłby chętny do użyczenia komuś innemu swojej różdżki. Ale sytuacja była taka jaka była.
Brenna, po chwili zrozumiałego odciągania w końcu dala mu spróbować otworzyć drzwi. Przez chwilę się wahał. No dobrze. Alohomora. Proste zaklęcie. Nic trudnego. Musi się po prostu skoncentrować na alohomorze, a nie na tym, że po korytarzach może biegać pacjent, raniąc wszystkich jego rożdzką, śmiejąc się przy tym, jak żaba, a tak poza tym to Brenna dalej nie ma kości w palcach, a on chciał stąd wyjść przed lunchem.
– Alohomora!
Nic się nie stało.
Aż nagle usłyszał ciche chlup, a potem zbladł, bo zobaczył, że na ramię Brenny spadł... Palec. Cały zielony, zupełnie jakby miał należeć do jakiegoś żaboczłeka, zrośnięty z obu stron, a tak poza tym to nie wyglądał na prawdziwy, a jakby zrobiony z galaretki... Ale zdecydowanie był to zielony palec. Z galaretki.