26.04.2024, 17:40 ✶
Nie chciał już tego komentować, ale ponownie zerknął na drzwi w drzwiach I westchnął cicho.
– Tak. Koniecznie. Szczególnie to drewno. Bardzo ładny odcień – powiedział, bo trzeba było przyznać Brennie, że co jak co, ale drzwi potrafiła wyczarować naprawdę ładne. Szkoda tylko, że nie mogli ich podziwiać z drugiej strony.
No cóż... Jakby na to nie patrzeć, to Basilius był ostrożny. W końcu palec nie zaatakować Brenny, nie wpadł jej do oka, ani nie zrobił niczego, co mogłoby im zaszkodzić. Po prostu tam był i drwił sobie z nich w galaretowatej ciszy.
– W kawiarni obok mają dobre galaretki. Polecam – odpowiedział, nie przyznając się, że w sumie to trochę o nich myślał, gdy przypomniał sobie, że miał iść gdzieś na lunch. – Myślałem o... – Wielu rzeczach. Wielu pesymistycznych rzeczach w tym twoich palcach i żabach. – O tym, że trzeba ci je naprawić. Przepraszam. Spróbuję jeszcze raz.
Zerknął na drzwi.
– Obawiam się, że nie mielibyśmy na tyle siły, a różdżką nie będziemy próbować. – Naprawdę lubił mieć głowę, podejrzewał, że Brenna podobnie, a wątpił, czy w tej sytuacji, którekolwiek z nich byłoby w stanie w elegancki sposób rzucić odpowiednie zaklęcie.
Przeniósł spojrzenie na różdżkę.
Grzeczna różdżka. Miła różdżka. Proszę pomóż mi otworzyć te drzwi, a oddam cię twojej pani, przywrócę jej kości i wszystko będzie dobrze.
– Alohomora.
Znowu nic. Już się szykował na kolejną porcje galaretek, gdy łóżko za nimi zaczęło dziwnie podskakiwać, jakby szykowało się do lotu.
Kurwa.
– Padnij! — krzyknął tylko, próbując popchnąć Brennę, o ile sama już nie rzuciła sie do uniku, tak, by razem uskoczyli przed lecącym prowizorycznym taranem łóżkowym, który obrał sobie za cel drzwi, nie zważając na to, czy po drodze przypadkiem nie nabije im siniaków.
Miał dziwne wrażenie, że różdżka Brenny za nim nie przepadała.
Rzut na af
– Tak. Koniecznie. Szczególnie to drewno. Bardzo ładny odcień – powiedział, bo trzeba było przyznać Brennie, że co jak co, ale drzwi potrafiła wyczarować naprawdę ładne. Szkoda tylko, że nie mogli ich podziwiać z drugiej strony.
No cóż... Jakby na to nie patrzeć, to Basilius był ostrożny. W końcu palec nie zaatakować Brenny, nie wpadł jej do oka, ani nie zrobił niczego, co mogłoby im zaszkodzić. Po prostu tam był i drwił sobie z nich w galaretowatej ciszy.
– W kawiarni obok mają dobre galaretki. Polecam – odpowiedział, nie przyznając się, że w sumie to trochę o nich myślał, gdy przypomniał sobie, że miał iść gdzieś na lunch. – Myślałem o... – Wielu rzeczach. Wielu pesymistycznych rzeczach w tym twoich palcach i żabach. – O tym, że trzeba ci je naprawić. Przepraszam. Spróbuję jeszcze raz.
Zerknął na drzwi.
– Obawiam się, że nie mielibyśmy na tyle siły, a różdżką nie będziemy próbować. – Naprawdę lubił mieć głowę, podejrzewał, że Brenna podobnie, a wątpił, czy w tej sytuacji, którekolwiek z nich byłoby w stanie w elegancki sposób rzucić odpowiednie zaklęcie.
Przeniósł spojrzenie na różdżkę.
Grzeczna różdżka. Miła różdżka. Proszę pomóż mi otworzyć te drzwi, a oddam cię twojej pani, przywrócę jej kości i wszystko będzie dobrze.
– Alohomora.
Znowu nic. Już się szykował na kolejną porcje galaretek, gdy łóżko za nimi zaczęło dziwnie podskakiwać, jakby szykowało się do lotu.
Kurwa.
– Padnij! — krzyknął tylko, próbując popchnąć Brennę, o ile sama już nie rzuciła sie do uniku, tak, by razem uskoczyli przed lecącym prowizorycznym taranem łóżkowym, który obrał sobie za cel drzwi, nie zważając na to, czy po drodze przypadkiem nie nabije im siniaków.
Miał dziwne wrażenie, że różdżka Brenny za nim nie przepadała.
Rzut na af
Rzut T 1d100 - 2
Akcja nieudana
Akcja nieudana