26.04.2024, 21:09 ✶
Kąciki jej ust unoszą się ku górze. Nieznacznie, ledwie odrobinę zdradzając rozbawienie zasłyszaną odpowiedzią. Wie, oczywiście, że zdaje sobie sprawę z tego, iż Robert Mulciber był najmniej mile widzianą osobą w Departamencie. A jednak nie potrafiła powstrzymać za zębami tych słów, choć nie jest pewna czy bawi ją bardziej fakt, że to właśnie on był teraz na czarne liście czy to, iż mimo tego siedział wygodnie rozparty w jej fotelu. W miejscu, do którego ponoć nie miał już wstępu.
Zastanawia się przez chwilę nad ochroną tego miejsca. Skoro Robert potrafił wejść do jej gabinetu, zapewne byłyby w stanie pojawić się tu również inne osoby… A to stanowiło zagrożenie, na które winna się przygotować… A raczej swoje notatki, dla których musiała odnaleźć bezpieczniejsze miejsce.
Słucha jego słów uważnie, ważąc każdy dźwięk jaki ulatuje spomiędzy jego warg. Pieprzony Robert Mulciber wiedział doskonale, jakiego argumentu użyć, aby złapać jej uwagę. Którymi słowami otoczyć nieznaną jeszcze sprawę tak, aby Vera chciała dowiedzieć się o niej więcej. Bo czy nie to zawsze było jej celem? Wielkie odkrycia, podniosłe teorie, to podniecenie jakie odczuwa się, gdy potwierdza się coś, co do tej pory zdawało się być jedynie fantazją umęczonego umysłu. Kiedyś zapewne o razu zgodziłaby się na podobne przedsięwzięcie. Kiedyś wystarczyłoby, kilka skrytych w woalu tajemnic obietnic i ten dotyk, który teraz wydawał się tak dziwnie, nienaturalnie wręcz znajomy. Zielone oczy odprowadzają spojrzeniem jego dłoń i choć to na niej skupiają swoją uwagę, zdają się być oddalone od tej scenki. Skupione na czymś, czego mężczyzna zauważyć nie potrafił, a co pojawiało się teraz pod jej powiekami, przyciągając strzępki jej uwagi. Bezwiednie przykłada palec do jego ust. Pewne słowa powinny pozostać chwilowo niewypowiedziane. Nie w miejscu, gdzie ściany mogły dostać uszu. Nie w momencie, gdy w każdej chwili mógł pojawić się tu ktoś, kto nie przywitałby go tak spokojnie.
- Wybrałeś nieodpowiednie miejsce na rozmowę. - Wyrokuje, gdy po kilkunastu uderzeniach serca jej spojrzenie powraca do jego twarzy. Wiele pytań ciśnie się na jej usta, wie jednak, że w tym otoczeniu nie może wypowiedzieć ani jednego z nich. Nie może dopytywać, nie powinna również przedłużać jego pobytu w tych murach - to jednak kierowane było przede wszystkim troską o bezpieczeństwo własne. Kocury takie jak Robert zwykły opadać na cztery łapy, niezależnie od tego, jak mocno zepchnęło się je z płotu.
- Gdzie jest haczyk, Robercie? - Pyta, zakładając dłonie na piersi. Jeśli jest coś, czego ta kobieta jest pewna, z pewnością jest to fakt, iż nic nie dzieje się bez powodu… I wszystko ma swoją cenę, którą kiedyś przyjdzie zapłacić. - Przecież to nie sentyment sprawił, że mnie dziś odwiedziłeś, czyż nie? - Unosi brew ku górze, bo choć wspólnie spędzone chwile po latach w pamięci pozostały bardziej słodkie niż gorzej nie sądzi, aby to tęsknota za jej osobą kazała mu ryzykować.
Czyżby ktoś miał nóż przystawiony do piersi?
Zastanawia się przez chwilę nad ochroną tego miejsca. Skoro Robert potrafił wejść do jej gabinetu, zapewne byłyby w stanie pojawić się tu również inne osoby… A to stanowiło zagrożenie, na które winna się przygotować… A raczej swoje notatki, dla których musiała odnaleźć bezpieczniejsze miejsce.
Słucha jego słów uważnie, ważąc każdy dźwięk jaki ulatuje spomiędzy jego warg. Pieprzony Robert Mulciber wiedział doskonale, jakiego argumentu użyć, aby złapać jej uwagę. Którymi słowami otoczyć nieznaną jeszcze sprawę tak, aby Vera chciała dowiedzieć się o niej więcej. Bo czy nie to zawsze było jej celem? Wielkie odkrycia, podniosłe teorie, to podniecenie jakie odczuwa się, gdy potwierdza się coś, co do tej pory zdawało się być jedynie fantazją umęczonego umysłu. Kiedyś zapewne o razu zgodziłaby się na podobne przedsięwzięcie. Kiedyś wystarczyłoby, kilka skrytych w woalu tajemnic obietnic i ten dotyk, który teraz wydawał się tak dziwnie, nienaturalnie wręcz znajomy. Zielone oczy odprowadzają spojrzeniem jego dłoń i choć to na niej skupiają swoją uwagę, zdają się być oddalone od tej scenki. Skupione na czymś, czego mężczyzna zauważyć nie potrafił, a co pojawiało się teraz pod jej powiekami, przyciągając strzępki jej uwagi. Bezwiednie przykłada palec do jego ust. Pewne słowa powinny pozostać chwilowo niewypowiedziane. Nie w miejscu, gdzie ściany mogły dostać uszu. Nie w momencie, gdy w każdej chwili mógł pojawić się tu ktoś, kto nie przywitałby go tak spokojnie.
- Wybrałeś nieodpowiednie miejsce na rozmowę. - Wyrokuje, gdy po kilkunastu uderzeniach serca jej spojrzenie powraca do jego twarzy. Wiele pytań ciśnie się na jej usta, wie jednak, że w tym otoczeniu nie może wypowiedzieć ani jednego z nich. Nie może dopytywać, nie powinna również przedłużać jego pobytu w tych murach - to jednak kierowane było przede wszystkim troską o bezpieczeństwo własne. Kocury takie jak Robert zwykły opadać na cztery łapy, niezależnie od tego, jak mocno zepchnęło się je z płotu.
- Gdzie jest haczyk, Robercie? - Pyta, zakładając dłonie na piersi. Jeśli jest coś, czego ta kobieta jest pewna, z pewnością jest to fakt, iż nic nie dzieje się bez powodu… I wszystko ma swoją cenę, którą kiedyś przyjdzie zapłacić. - Przecież to nie sentyment sprawił, że mnie dziś odwiedziłeś, czyż nie? - Unosi brew ku górze, bo choć wspólnie spędzone chwile po latach w pamięci pozostały bardziej słodkie niż gorzej nie sądzi, aby to tęsknota za jej osobą kazała mu ryzykować.
Czyżby ktoś miał nóż przystawiony do piersi?