26.04.2024, 23:37 ✶
– Spróbujmy po prostu razem przeżyć, dobrze? – Nie było sensu, by Laurent przejmował się głupstwami ciotki i jeszcze tym, czy Basilius będzie mógł mieć chwilę spokoju dla siebie z dala od Ethel i jej pomysłów. Starszy Prewett, już jadąc tutaj, nie jako się pogodził z tym, że nie będzie to dla niego przyjemny dzień. Na całe szczęście tylko jeden, a potem będzie mógł w spokoju wrócić do swoich spraw i liczyć na to, że ciotka zapoluje na innego członka rodziny do nękania. Chociaż jeśli rzeczywiście nadarzy się okazja, podczas której będzie mógł zyskać nieco spokoju to Basilius nie obiecywał, że z niej nie skorzysta. Tylko, że chyba jednak nie miał serca zostawić Laurenta sam na sam z tą poczwarą. Na całe szczęście potrafił udawać, że się dobrze bawił, nawet gdy prawda była zupełnie inna.
– Spokojnie? – Uniósł brwi do góry i nawet nie krył zdziwienia w głosie. – Naprawdę? W takim razie miło to usłyszeć. – Nie ważne ile by nie marudził podczas ogarniania kuzyna, Basilius naprawdę się o niego martwił i wolał, by te spokojniejsze okresy w życiu zdarzały się znacznie częściej. I jasne, rany dało się załatać. Ale co jeśli Laurent wpakuje się w takie kłopoty, że Basilius nie będzie w stanie mu pomóc? Nie wspominając już o tym, że nie wygladał nigdy jakby cieszył się najlepszym zdrowiem i naprawdę powinien uważać. (Ha. Przyganiał kocioł garnkowi.) Już miał mu zadać pytanie o to, co w takim razie porabiał, kiedy przerwała im pogoda we własnej osobie.
Skinął głową.
– Tak, najwyżej przeczekamy gdzieś kilka godzin i przylecimy do niej późnym wieczorem. – O jaką szkoda. Ah ta burza. Zrobiła im strasznie na złość. No i jak oni teraz przeżyją te kilka godzin krócej w tak wspaniałym towarzystwie? – Lepiej nie ryzykować. — Gdyby im coś się stało, to jeszcze pół biedy. Nie pozwoliłby jednak na to, by abrakasany zostały narażone na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. A kto wie? Może gdzieś tam na dole był jakiś miły lokal, w którym można byłoby chwilę pograć w karty?
– Spokojnie? – Uniósł brwi do góry i nawet nie krył zdziwienia w głosie. – Naprawdę? W takim razie miło to usłyszeć. – Nie ważne ile by nie marudził podczas ogarniania kuzyna, Basilius naprawdę się o niego martwił i wolał, by te spokojniejsze okresy w życiu zdarzały się znacznie częściej. I jasne, rany dało się załatać. Ale co jeśli Laurent wpakuje się w takie kłopoty, że Basilius nie będzie w stanie mu pomóc? Nie wspominając już o tym, że nie wygladał nigdy jakby cieszył się najlepszym zdrowiem i naprawdę powinien uważać. (Ha. Przyganiał kocioł garnkowi.) Już miał mu zadać pytanie o to, co w takim razie porabiał, kiedy przerwała im pogoda we własnej osobie.
Skinął głową.
– Tak, najwyżej przeczekamy gdzieś kilka godzin i przylecimy do niej późnym wieczorem. – O jaką szkoda. Ah ta burza. Zrobiła im strasznie na złość. No i jak oni teraz przeżyją te kilka godzin krócej w tak wspaniałym towarzystwie? – Lepiej nie ryzykować. — Gdyby im coś się stało, to jeszcze pół biedy. Nie pozwoliłby jednak na to, by abrakasany zostały narażone na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. A kto wie? Może gdzieś tam na dole był jakiś miły lokal, w którym można byłoby chwilę pograć w karty?