27.04.2024, 00:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.04.2024, 00:19 przez Basilius Prewett.)
To całe gadanie o galaretkach i eliksirze Szkiele-Wzro sprawiło, że Basilius poważnie się zaczął zastanawiać ile zachodu wymagałoby od niego przekupienie pracowników kawiarni, by dodali Brennie do zamówienia porcje delikatnych środków nasennych od niego, tak by po powrocie do domu zasnęła i nie chodziła na żadne patrole. Pewnie dużo. Za dużo, nawet jeśli miał już w głowie kilka pomysłów, jak to zrobić. Poza tym byłoby to strasznie ryzykowne i pewnie jednak nie do końca moralne. Ale miło było czasem porozważać w głowie takie możliwości. Tak na uspokojenie.
A przecież nerwów obecnie miał naprawdę dużo.
– Nie – zapewnił ją. – Twoje palce będą normalne.
Prawdę mówiąc na razie tyle się działo, że nawet nie pomyślał o tym, że przypadek jej palców może też okazać się dziwny.
Na swoją obronę jako dziecko z oczywistych powodów nie grał w zbijaka tak często, by dobrze unikać lecących w jego stronę przedmiotów, a uzdrowicieli nie szkolono w unikaniu latających łóżek. A nawet gdyby szkolono to pewnie i tak nie mógłby brać w tym szkoleniu udziału.
Próbował uratować Brenne i to Brenna uratowała jego, bo całe szczęście, bo inaczej zamiast po prostu polecieć na podłogę, dostałby łóżkiem i pewnie nie tylko Brennie trzeba by było dzisiaj nastawić kości. Dalej jednak skończył dość nieprzyjemnie poobijany. Nieco oszołomiony powoli usiadł na podłodze, sprawdzając przy tym jakie szkody zostały wyrządzone. Wyglądało jednak na to, że jedynymi łóżkowymi obrażeniami będą siniaki. Na Matkę, jak to głupio zabrzmiało. Jak dobrze, że nie powiedział tego na głos i jak dobrze, że nie słyszała tego Millie Moody. Prewett był pewny, że uruchomiłby tym tekstem lawinę głupich żartów.
– Tak. Proszę. Możesz ją wziąć — wymamrotał oddając jej bardzo grzecznie różdżkę. Nawet gdyby Brenna nie chciała jej z powrotem to Basilius pewnie by jej ją siła wcisnął, nie chcąc nikogo przypadkiem zamordować. Chociaż musiał przyznać, że gdzieś tam po cichu, jego głowa podpowiadała mu, że to było w sumie fajne uczucie. Rzucać zaklęcia i nigdy do końca nie znać efektu. A gdyby tak na przykład zorganizować coś podobnego w kasynie i... Nie. Odsunął od siebie te myśl. Ale już wiedział, że zdecydowanie pójdzie grać w karty po tym wszystkim. – Przepraszam. Nic ci nie jest? Myślę... Nie chcesz może... Po prostu porozmawiać i poczekać, aż nas uratują? – Był poobijany, zdenerwowany, wkurzony na jej różdżkę, a teraz jeszcze chciał iść do kasyna. Nie mówił, że się poddawał, ale chyba potrzebował chwili przerwy.
A przecież nerwów obecnie miał naprawdę dużo.
– Nie – zapewnił ją. – Twoje palce będą normalne.
Prawdę mówiąc na razie tyle się działo, że nawet nie pomyślał o tym, że przypadek jej palców może też okazać się dziwny.
Na swoją obronę jako dziecko z oczywistych powodów nie grał w zbijaka tak często, by dobrze unikać lecących w jego stronę przedmiotów, a uzdrowicieli nie szkolono w unikaniu latających łóżek. A nawet gdyby szkolono to pewnie i tak nie mógłby brać w tym szkoleniu udziału.
Próbował uratować Brenne i to Brenna uratowała jego, bo całe szczęście, bo inaczej zamiast po prostu polecieć na podłogę, dostałby łóżkiem i pewnie nie tylko Brennie trzeba by było dzisiaj nastawić kości. Dalej jednak skończył dość nieprzyjemnie poobijany. Nieco oszołomiony powoli usiadł na podłodze, sprawdzając przy tym jakie szkody zostały wyrządzone. Wyglądało jednak na to, że jedynymi łóżkowymi obrażeniami będą siniaki. Na Matkę, jak to głupio zabrzmiało. Jak dobrze, że nie powiedział tego na głos i jak dobrze, że nie słyszała tego Millie Moody. Prewett był pewny, że uruchomiłby tym tekstem lawinę głupich żartów.
– Tak. Proszę. Możesz ją wziąć — wymamrotał oddając jej bardzo grzecznie różdżkę. Nawet gdyby Brenna nie chciała jej z powrotem to Basilius pewnie by jej ją siła wcisnął, nie chcąc nikogo przypadkiem zamordować. Chociaż musiał przyznać, że gdzieś tam po cichu, jego głowa podpowiadała mu, że to było w sumie fajne uczucie. Rzucać zaklęcia i nigdy do końca nie znać efektu. A gdyby tak na przykład zorganizować coś podobnego w kasynie i... Nie. Odsunął od siebie te myśl. Ale już wiedział, że zdecydowanie pójdzie grać w karty po tym wszystkim. – Przepraszam. Nic ci nie jest? Myślę... Nie chcesz może... Po prostu porozmawiać i poczekać, aż nas uratują? – Był poobijany, zdenerwowany, wkurzony na jej różdżkę, a teraz jeszcze chciał iść do kasyna. Nie mówił, że się poddawał, ale chyba potrzebował chwili przerwy.