27.04.2024, 02:09 ✶
Dopiero co przybyli, ale Cedric już teraz czuł, że podjął dobrą decyzję. Jasne, gdzieś z tyłu głowy wciąż trzymały się go lekkie obawy (bo mimo wszystko trudno wyzbyć się starych nawyków), ale po prostu czuł, że będzie dobrze. Wszystko to było takie właściwe. Pierwszy raz w życiu czuł, że wszystko zaczynało się układać, a niepasujące do tej pory elementy odnalazły swoje miejsce.
Wpatrywał się w nią niczym w obrazek, z trudem powstrzymując się od wzdychania. Jakim cudem ktoś mógł być tak idealny?
Podejmowanie decyzji, planowanie — zawsze wolał, gdy zajmowali się tym inni. Rodzice, rodzeństwo, przełożony w pracy. Zawsze znajdował się ktoś, kto mógł zdjąć z niego to brzemię. Tym razem postawił na siebie i wyszło to zaskakująco dobrze. Bo czy mógł chcieć czegokolwiek więcej? Domek był może nieco zakurzony, ale naprawdę przyjemny. Jezioro naprawdę ładne, pogoda wręcz idealna. Nie mogło już chyba być lepiej, zwłaszcza gdy był razem z nią. Co prawda nie byli parą, ale i tak czuł się lekki niczym piórko. W końcu czuł, że żyje, co w jego przypadku było naprawdę sporym osiągnięciem.
Pierwszy raz od naprawdę dawna miał faktyczną przerwę od pracy w Mungu, nie mógł też zająć się pomocą rodzicom czy Brennie. Zostało mu wypoczywać. Co prawda wciąż nie do końca wiedział, czym się będą tutaj zajmowali, ale przecież na pewno to rozgryzą. Razem. Uśmiechał się coraz szerzej, teraz praktycznie się szczerząc. Nie chcąc, żeby wzięła go za dziwaka albo głupka, nieco unikał jej wzroku, przynajmniej do momentu, gdy zaczął nad sobą nieco lepiej panować. Przynajmniej zewnętrznie. W środku bowiem wciąż był całkowicie rozstrojony. Podekscytowany niczym szczeniak na swoim pierwszym spacerze. Czuł ogromną potrzebę skomplementowania jej osoby, ale nie wiedział nawet, od czego powinien zacząć. Oczy, uśmiech, fryzura, ubiór? Nie potrafił znaleźć w niej żadnych negatywów, przez co liczba potencjalnych pochwał rosła w zastraszającym tempie.
W tej chwili nie myślał już nawet o pracy i zobowiązaniach, które zostawił w Londynie. Pacjenci, recepty, rodzice? W tej chwili istniała tylko ona. Chłonął jej towarzystwo, do jej kolejnych gestów i słów podchodząc z coraz większym zachwytem. Był cholernym szczęściarzem.
Nie spodziewał się, że kobieta nigdy nie była na wakacjach. Zawsze zdawała mu się urodzoną podróżniczką, a i jej mama zawsze lubiła mówić o różnych miejscach, w których postawiła swoją nogę. Może chodziło jej o przeszłość? Ewentualnie po prostu mówiła o swoich znajomych, a Cedric wyłączył się nieco za bardzo i opacznie ją zrozumiał. — W takim razie obydwoje czegoś się teraz uczymy? To... zaskakująco miła myśl. W sensie, um. Fajnie, że jestesmy tutaj razem — dokończył, nieco nerwowo wypluwając ostatnie słowa. Co on sobie myślał? Zdecydowanie przekraczał pewne granice. — W sumie to chyba też wolę miasto. Lubię przebywać na łonie natury, ale w Londynie mam pracę. No i bliskich — kończąc, mimowolnie na nią zerknął.
Fakt, że Vior była ewidentnie zadowolona i szczęśliwa jedynie dodatkowo go uskrzydlały. Dodatkowe utwierdzenie w tym, że w końcu podjął jakąś dobrą decyzję.
— Wiem, że to zabrzmi nieco absurdalnie, ale — zaczął, nagle przerywając. Widać było, że targają nim silne emocje. Zaczerwienione policzki, nieco za mocno poruszająca się klatka piersiowa oraz błyszczące oczy, które nie spuszczał z niej wzroku. — Cieszy mnie, że na siebie trafiliśmy, wtedy w Mungu. Pomogłaś mi z rozumieć, że nie powinienem skupiać się tylko na pracy — urwał nagle, tym razem nie podejmując już dalszej rozmowy. Ewidentnie chciał powiedzieć coś więcej, ale słowa utknęły mu w gardle. Rękę nerwowo zaciskał w kieszeni, wpatrując się w nią jeszcze przez chwilę, po czym nagle odwrócił się na pięcie i ruszył do zlewu. — Wezmę na siebie robienie obiadu. Sprawdzę, czy naczynia nie są dziurawe — rzucił do niej, zaczynając nerwowo przeszukiwać pobliskie szafki. Na brodę Merlina, co za idiotyczny pomysł przyszedł mu przed chwilą do głowy.
Na szczęście chyba nie zwróciła na to uwagi. Propozycję wyjścia na taras przyjął z ogromną ulgą. Tak, zdecydowanie potrzebował teraz nieco świeżego powietrza.
— Zaniosę, jeśli pozwolisz — Z nieznikającym z twarzy uśmiechem, chwycił za dwa kubki z gorącą kawą, po czym idąc śladem kobiety, udał się przed domek. Ustawił naczynia na niewielkim stoliku, po czym zajął wolny fotel bujany. Nigdy takiego nie miał, czego teraz nieco żałował. Był zaskakująco przyjemny. — Co chciałabyś zrobić najpierw. Popływać, czy przejść się po okolicy? Jest mało gości, także pewnie nie byłoby problemu z kolejkami — Po chwili przerwał ciszę, zerkając na nią z ciekawością oraz zachwytem wymalowanym na nieco zbyt bladej twarzy.
Wpatrywał się w nią niczym w obrazek, z trudem powstrzymując się od wzdychania. Jakim cudem ktoś mógł być tak idealny?
Podejmowanie decyzji, planowanie — zawsze wolał, gdy zajmowali się tym inni. Rodzice, rodzeństwo, przełożony w pracy. Zawsze znajdował się ktoś, kto mógł zdjąć z niego to brzemię. Tym razem postawił na siebie i wyszło to zaskakująco dobrze. Bo czy mógł chcieć czegokolwiek więcej? Domek był może nieco zakurzony, ale naprawdę przyjemny. Jezioro naprawdę ładne, pogoda wręcz idealna. Nie mogło już chyba być lepiej, zwłaszcza gdy był razem z nią. Co prawda nie byli parą, ale i tak czuł się lekki niczym piórko. W końcu czuł, że żyje, co w jego przypadku było naprawdę sporym osiągnięciem.
Pierwszy raz od naprawdę dawna miał faktyczną przerwę od pracy w Mungu, nie mógł też zająć się pomocą rodzicom czy Brennie. Zostało mu wypoczywać. Co prawda wciąż nie do końca wiedział, czym się będą tutaj zajmowali, ale przecież na pewno to rozgryzą. Razem. Uśmiechał się coraz szerzej, teraz praktycznie się szczerząc. Nie chcąc, żeby wzięła go za dziwaka albo głupka, nieco unikał jej wzroku, przynajmniej do momentu, gdy zaczął nad sobą nieco lepiej panować. Przynajmniej zewnętrznie. W środku bowiem wciąż był całkowicie rozstrojony. Podekscytowany niczym szczeniak na swoim pierwszym spacerze. Czuł ogromną potrzebę skomplementowania jej osoby, ale nie wiedział nawet, od czego powinien zacząć. Oczy, uśmiech, fryzura, ubiór? Nie potrafił znaleźć w niej żadnych negatywów, przez co liczba potencjalnych pochwał rosła w zastraszającym tempie.
W tej chwili nie myślał już nawet o pracy i zobowiązaniach, które zostawił w Londynie. Pacjenci, recepty, rodzice? W tej chwili istniała tylko ona. Chłonął jej towarzystwo, do jej kolejnych gestów i słów podchodząc z coraz większym zachwytem. Był cholernym szczęściarzem.
Nie spodziewał się, że kobieta nigdy nie była na wakacjach. Zawsze zdawała mu się urodzoną podróżniczką, a i jej mama zawsze lubiła mówić o różnych miejscach, w których postawiła swoją nogę. Może chodziło jej o przeszłość? Ewentualnie po prostu mówiła o swoich znajomych, a Cedric wyłączył się nieco za bardzo i opacznie ją zrozumiał. — W takim razie obydwoje czegoś się teraz uczymy? To... zaskakująco miła myśl. W sensie, um. Fajnie, że jestesmy tutaj razem — dokończył, nieco nerwowo wypluwając ostatnie słowa. Co on sobie myślał? Zdecydowanie przekraczał pewne granice. — W sumie to chyba też wolę miasto. Lubię przebywać na łonie natury, ale w Londynie mam pracę. No i bliskich — kończąc, mimowolnie na nią zerknął.
Fakt, że Vior była ewidentnie zadowolona i szczęśliwa jedynie dodatkowo go uskrzydlały. Dodatkowe utwierdzenie w tym, że w końcu podjął jakąś dobrą decyzję.
— Wiem, że to zabrzmi nieco absurdalnie, ale — zaczął, nagle przerywając. Widać było, że targają nim silne emocje. Zaczerwienione policzki, nieco za mocno poruszająca się klatka piersiowa oraz błyszczące oczy, które nie spuszczał z niej wzroku. — Cieszy mnie, że na siebie trafiliśmy, wtedy w Mungu. Pomogłaś mi z rozumieć, że nie powinienem skupiać się tylko na pracy — urwał nagle, tym razem nie podejmując już dalszej rozmowy. Ewidentnie chciał powiedzieć coś więcej, ale słowa utknęły mu w gardle. Rękę nerwowo zaciskał w kieszeni, wpatrując się w nią jeszcze przez chwilę, po czym nagle odwrócił się na pięcie i ruszył do zlewu. — Wezmę na siebie robienie obiadu. Sprawdzę, czy naczynia nie są dziurawe — rzucił do niej, zaczynając nerwowo przeszukiwać pobliskie szafki. Na brodę Merlina, co za idiotyczny pomysł przyszedł mu przed chwilą do głowy.
Na szczęście chyba nie zwróciła na to uwagi. Propozycję wyjścia na taras przyjął z ogromną ulgą. Tak, zdecydowanie potrzebował teraz nieco świeżego powietrza.
— Zaniosę, jeśli pozwolisz — Z nieznikającym z twarzy uśmiechem, chwycił za dwa kubki z gorącą kawą, po czym idąc śladem kobiety, udał się przed domek. Ustawił naczynia na niewielkim stoliku, po czym zajął wolny fotel bujany. Nigdy takiego nie miał, czego teraz nieco żałował. Był zaskakująco przyjemny. — Co chciałabyś zrobić najpierw. Popływać, czy przejść się po okolicy? Jest mało gości, także pewnie nie byłoby problemu z kolejkami — Po chwili przerwał ciszę, zerkając na nią z ciekawością oraz zachwytem wymalowanym na nieco zbyt bladej twarzy.