27.04.2024, 13:56 ✶
– Och, ale jej nie chodzi o teraz, tylko wiesz, tak w ogóle. Że jak już będzie dobrze i wszystkie upiory wrócą do siebie. Bee z resztą nigdy nie była jakoś mm... przyjaźnie nastawiona do mojego sposobu życia. Mimo, że nie raz wiesz próbowałem jej wytłumaczyć dlaczego mieszkanie w Kniei mnie... no... uspokaja. Bardzo doceniam to, że uważasz moją klątwę, za część mnie, ale no... – sposępniał i ukrył twarz w dłoniach. – Nora te ataki wróciły jak dostałem od Ciebie list, potem wtedy nad jeziorem, ja nie wybaczyłbym sobie gdyby Ci się coś stało. I dzisiaj w kuchni, byłem... taki skołowany, tak bardzo bałem się, że to znów uderzy. Ja nie panuję nad tym, nie wiem... nie wiem od czego zależy że te pnącza się pojawiają, ale po prostu nie chcę. To znaczy... – wziął głęboki oddech szukając właściwych słów w końcu powiedział tak, jakby się przyznawał do czegoś złego, a nie dobrego:
– Chce was chronić, a nie Wam zagrażać. – to był jeden z argumentów, dla których w ogóle nie chciał być z kimś na stałe. To był jego największy lęk od zawsze, nawet zanim ich ciała splotły się na leśnej polanie.
– Nie byliście? – podniósł głowę zaskoczony. Jego zdziwienie było szczere i głęboko zakorzenione. Nie wątpił, wierzył jej, po prostu... potrzebował trochę czasu żeby przyjąć tę informację. – Ale... ale przecież widziałem Was, widywałem Was jak... jak jesteście blisko, jak się dotykacie. I nawet teraz, no... na tym..emm... śniadaniu, zdawaliście się bardzo skupieni mocno na sobie... czy coś... – burknął. Umierał wtedy z zazdrości ale czy warto było o tym mówić więcej? – Ja... byłem przekonany, że lubisz go bardziej ode mnie. Że, no... że z nim byłabyś szczęśliwsza. Że on mógłby Ci dać to wszystko, czego ja nie mogę. Czego nie mam. – na obecnym etapie mówił już do swoich rąk, a nie do Nory. Może to była kwestia zmęczenia i ilości wcześniej wlanego w siebie alkoholu. Może jak już zaczął mówić, jeszcze tego ranka w kierunku Uli, to teraz po prostu nie potrafił się zamknąć, granica między myślami i językiem runęła i odsłaniał przed Norą kolejne warstwy brudu, który nie liczył sobie ostatnich miesięcy, ale lata nawarstwionych przekonań i gniecionego w sobie poczucia niższości.
– Chce was chronić, a nie Wam zagrażać. – to był jeden z argumentów, dla których w ogóle nie chciał być z kimś na stałe. To był jego największy lęk od zawsze, nawet zanim ich ciała splotły się na leśnej polanie.
– Nie byliście? – podniósł głowę zaskoczony. Jego zdziwienie było szczere i głęboko zakorzenione. Nie wątpił, wierzył jej, po prostu... potrzebował trochę czasu żeby przyjąć tę informację. – Ale... ale przecież widziałem Was, widywałem Was jak... jak jesteście blisko, jak się dotykacie. I nawet teraz, no... na tym..emm... śniadaniu, zdawaliście się bardzo skupieni mocno na sobie... czy coś... – burknął. Umierał wtedy z zazdrości ale czy warto było o tym mówić więcej? – Ja... byłem przekonany, że lubisz go bardziej ode mnie. Że, no... że z nim byłabyś szczęśliwsza. Że on mógłby Ci dać to wszystko, czego ja nie mogę. Czego nie mam. – na obecnym etapie mówił już do swoich rąk, a nie do Nory. Może to była kwestia zmęczenia i ilości wcześniej wlanego w siebie alkoholu. Może jak już zaczął mówić, jeszcze tego ranka w kierunku Uli, to teraz po prostu nie potrafił się zamknąć, granica między myślami i językiem runęła i odsłaniał przed Norą kolejne warstwy brudu, który nie liczył sobie ostatnich miesięcy, ale lata nawarstwionych przekonań i gniecionego w sobie poczucia niższości.