27.04.2024, 17:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.04.2024, 18:21 przez Basilius Prewett.)
Chyba trochę pożałował, że postanowił odgryźć się jej w ten sposób, zwłaszcza, że nie miał zbyt dużych wątpliwości, że Millie miała rację. Upił więc po prostu łyka kawy i przewrócił oczami, nie dodając do tego tematu nic więcej.
Nie znał się na tarocie, ale miał pewne wątpliwości, czy kielich i mężczyzna z drągami na koniu naprawdę znaczyły to co zostało mu przedstawione, czy to po prostu Millie postanowiła podkoloryzować swoje tłumaczenie. A może ona po prostu wszędzie widziała erotykę tam gdzie jej nie było. Może to była jakaś klątwą?
Natomiast jej kolejne wyjaśnienia były... No cóż, niepokojąco potwierdzały jedną z jego jutrzejszych obaw, a Millie mogła zobaczyć, jak najpierw na chwilę pobladł bardziej niż zwykle, a potem po prostu, z każdym jej słowem, wyglądał, jakby poddał się w grze zwanej życiem.
– Ja chyba wiem – wymamrotał, łapiąc się palcami za mostek nosa. – W sensie. Nie wiem co się stanie, ale to co mówisz... Chichot losu. Ja... – zerknął na Millie i zawahał się na chwilę. To co miał zaraz powiedzieć zabrzmi głupio, ale prawdę mówiąc Millie była jedną z nielicznych osób, przed którymi nie bał się, że wyjdzie na szaleńca nie ważne co powie. – No dobrze to zabrzmi dziwnie. Powiedzmy, że mam... Znajomą. Tylko proszę powstrzymaj się od głupich żartów na pięć minut, dobrze? To nie taka znajoma, to...– Westchnął cicho. – Ona od jakiegoś czasu, wpada do mnie z różnymi przypadkami. I to nigdy nie są zwykle przypadki. Zawsze dzieje się coś dziwnego, gdy się spotykamy. Jak, popsuty student, starożytna klątwą, mężczyzna zmieniony w robaka, czy, hm, ostatnio prawie zabiło nas łóżko. Zazwyczaj coś się dzieje jej, ale raz... Raz to ja potrzebowałem pomocy. I to się zaczęło szóstego czerwca 1966, a potem powtarzało się w każdy piątek trzynastego od tamtej pory. I nie wiem, jutro brzmi jak dziwna data, ale przecież chyba nie pechowa z drugiej strony to co mówisz... To pasuje. W większości. Nie powiedziałbym, że mam o Bre– O niej złe mniemanie? Raczej o okolicznościach, w których się spotykamy? Cholera, sam nie wiem. Musiałaś postawić te karty? I o co się ich w ogóle spytałaś? – Skończył i zmęczony oparł się o krzesło. Hah... Nawet nie miał pojęcia, że tak to wszystko w nim siedziało. Głupi tarot. Głupie piątki trzynastego. Głupie głupie daty. Głupi ludzie, którzy wymyślili głupie pozycje seksualne i nazwali je tak głupio, że sprawili, że teraz niektóre daty i cyfry brzmiały głupio.
Nie znał się na tarocie, ale miał pewne wątpliwości, czy kielich i mężczyzna z drągami na koniu naprawdę znaczyły to co zostało mu przedstawione, czy to po prostu Millie postanowiła podkoloryzować swoje tłumaczenie. A może ona po prostu wszędzie widziała erotykę tam gdzie jej nie było. Może to była jakaś klątwą?
Natomiast jej kolejne wyjaśnienia były... No cóż, niepokojąco potwierdzały jedną z jego jutrzejszych obaw, a Millie mogła zobaczyć, jak najpierw na chwilę pobladł bardziej niż zwykle, a potem po prostu, z każdym jej słowem, wyglądał, jakby poddał się w grze zwanej życiem.
– Ja chyba wiem – wymamrotał, łapiąc się palcami za mostek nosa. – W sensie. Nie wiem co się stanie, ale to co mówisz... Chichot losu. Ja... – zerknął na Millie i zawahał się na chwilę. To co miał zaraz powiedzieć zabrzmi głupio, ale prawdę mówiąc Millie była jedną z nielicznych osób, przed którymi nie bał się, że wyjdzie na szaleńca nie ważne co powie. – No dobrze to zabrzmi dziwnie. Powiedzmy, że mam... Znajomą. Tylko proszę powstrzymaj się od głupich żartów na pięć minut, dobrze? To nie taka znajoma, to...– Westchnął cicho. – Ona od jakiegoś czasu, wpada do mnie z różnymi przypadkami. I to nigdy nie są zwykle przypadki. Zawsze dzieje się coś dziwnego, gdy się spotykamy. Jak, popsuty student, starożytna klątwą, mężczyzna zmieniony w robaka, czy, hm, ostatnio prawie zabiło nas łóżko. Zazwyczaj coś się dzieje jej, ale raz... Raz to ja potrzebowałem pomocy. I to się zaczęło szóstego czerwca 1966, a potem powtarzało się w każdy piątek trzynastego od tamtej pory. I nie wiem, jutro brzmi jak dziwna data, ale przecież chyba nie pechowa z drugiej strony to co mówisz... To pasuje. W większości. Nie powiedziałbym, że mam o Bre– O niej złe mniemanie? Raczej o okolicznościach, w których się spotykamy? Cholera, sam nie wiem. Musiałaś postawić te karty? I o co się ich w ogóle spytałaś? – Skończył i zmęczony oparł się o krzesło. Hah... Nawet nie miał pojęcia, że tak to wszystko w nim siedziało. Głupi tarot. Głupie piątki trzynastego. Głupie głupie daty. Głupi ludzie, którzy wymyślili głupie pozycje seksualne i nazwali je tak głupio, że sprawili, że teraz niektóre daty i cyfry brzmiały głupio.