- Powinien przeżyć. Spokojnie. Wydaje mi się, że to tylko niegroźne rozcięcie na boku głowy. Trochę krwi. - odpowiedziała z udawaną powagą. Bo przecież w takiej sytuacji, mając na zapleczu ciało współwłaściciela sklepu (zamordowanego bądź mniej lub bardziej poważnie rannego), każdy przyznałby się do popełnionej przed chwilą zbrodni. - Musiałam sama zająć się rozpakowaniem kartonów, dostawa różnych takich... no. Terry się postanowił ewakuować nie informując mnie wcześniej o tym, że to dzisiaj. Bezczel. - przewróciła oczyma. Tak naprawdę to nawet nie była na Trelawneya jakoś szczególnie zła. Nie potrafiła gniewać się na niego dłużej. Zwłaszcza, że podobny numer wykręciła mu dwa tygodnie temu i co za tym idzie, przyjaciel miał pełne prawo do tego, żeby w taki sposób się na niej odegrać. Obydwoje byli siebie warci. Po prostu.
Imbryczek rzeczywiście miał nóżki. Niewielkie, być może faktycznie wykonane właśnie z porcelany. W liczbie sztuk czterech. Uwolniony z kartonu, następnie objęć Penny, imbryczek całkiem energicznie nimi przebierał, zmierzając do pobliskiego regału i nie zamierzając przy okazji pozwolić na to, żeby którakolwiek z obecnych w sklepie kobiet, zdołała go dopaść.
- Terry mnie zamorduje, jeśli coś się stanie z tymi jego słoiczkami. - poinformowała blondynkę, w pierwszej chwili niepewna czym powinna się zająć. Ratowaniem słoiczków czy próbą złapania imbryczka, któremu chyba spodobało się na dolnej półce. Przynajmniej chwilowo. Na krótki moment bowiem zatrzymał się pomiędzy mniejszymi i większymi słoiczkami, być może starając się wtopić w tło. Ukryć? Głupiutki imbryczek, nieświadomy tego, że ukrywać w ten sposób, to powinien się pośród sobie podobnych. - Zrobimy tak. Ja spróbuje go złapać, a gdyby zaczął znów uciekać, spróbuj rzucić w jego kierunku jakieś zaklęcie, które go powstrzyma? Unieruchomi?
Czekała na to czy Ambrosia na ten plan przystanie. Udzieli niezbędnej pomocy. Nie chciała zaczynać, póki obydwie nie będą gotowe. Póki blondynka nie potwierdzi, że potrafi posłużyć się odpowiednim zaklęciem. Dopiero kiedy to dogadały, mogła zabrać się do roboty. Zacząć powoli skradać się do regału. Ostrożnie. Krok po kroczku. Tak jakby nie chciała spłoszyć... cóż, w tym przypadku nie przestraszonego zwierzaka, a elementu zastawy, na który najwyraźniej nałożone zostało jakieś zaklęcie?
Nie zdołała jednak dotrzeć do celu. Zanim dane było jej wyciągnąć rączki w kierunku imbryczka, ten zaczął się wycofywać. Tym razem poruszając się znacznie mniej zgrabnie i wywołując przy tym dużo więcej zamieszania. Poprzestawiał kolejne słoiczki. Kilka zrzucił. Sprawił też, że nieszczególnie solidny regał trochę niebezpiecznie się zachwiał. Tak jakby zastanawiał się, czy to nie pora na bliskie spotkanie z podłogą. Albo ladą, na której zapewne by się zatrzymał.