27.04.2024, 23:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.05.2024, 22:37 przez Perseus Black.
Powód edycji: nie mogę wiedzieć o nekromancji :C
)
Nie przysłuchiwał się dyskusji o wędzidle i kelpie. Był pomiędzy ludźmi, uwięziony na maleńkiej łódce sunącej bo czarnym jeziorze, a jednak czuł się tak, jakby pomiędzy nim, a resztą jego towarzyszy nagle wzrósł dystans. Jakby ta łódka w jednej chwili nienaturalnie się rozciągnęła, zostawiając ich w tyle. Ponownie ukrył twarz w dłoniach, rozważając rzucenie się w ciemną toń, byle przestać czuć to osamotnienie i wstyd, ale wtedy czyjeś ręce oplotły jego ciało. To był Laurent, nawet nie musiał otwierać oczu. Poznał go po sposobie, w jaki go obejmował - czule, ale jakby z pewną dozą niepewności. Poznał go po zapachu piżma i cedru, tak cudownie pasujących do jego skóry. Wreszcie poznał go po głosie, stanowiącym remedium dla jego postrzępionego umysłu. Wtulił policzek w jego koszulę, ukrył swoje lico przed pozostałymi, wsłuchał się w rytm jego serca (jak zwykle przyśpieszony) i oddychał - na początku nierówno, nieco przerywanie, jakby zaraz szloch miał ponownie nim strząsnąć. Z każdą chwilą jednak stawał się spokojniejszy. Tylko dzięki tobie jakoś się trzymam, chciał mu powiedzieć, ale uznał to zbyt intymne jak na towarzyszącą im publiczność. Mogliby jeszcze pomyśleć, że Perseus zdradza żonę z Laurentem, ale... czy właśnie tego nie pragnął skrycie przez cały wyjazd? Czy to właśnie dlatego nie spędzał czasu z Vesperą, a zamiast tego wypłynął z grupą przypadkowych czarodziejów na środek jeziora w którym niewątpliwie coś mieszkało?
Zadrżał, kiedy dno łodzi zaszurało o piasek. Przez moment wydawało mu się, że istota mieszkająca w tych wodach ich zaatakowała, ale Prewett siedział spokojnie, zatem z ulgą doszedł do wniosku, że dobili do brzegu. Tylko jak, u licha wrócą... Później będzie się tym martwił.
Pozwolił się wyprowadzić z łódki. Rozluźnienie, które przez chwilę odczuwał, szybko uległo napięciu, jakie narosło w nim widząc ciemnoczerwone ślady na piasku. Ktoś lub coś się tędy czołgało. Mało tego, ten ktoś lub coś krwawi. A później zobaczyli przed sobą fokę (brwi uniosły się w zdumieniu - była ostatnim, czego Perseus się tutaj spodziewał, bowiem czy foki nie żyją w słonych wodach?), a Laurent rzucił się jej na pomoc. Pośpiesznie ruszył za mężczyzną, nie zważając na ból przeszywający schorowaną nogę i dyskomfort spowodowany zapadaniem się laski w miękki piasek.
Zwolnił, przyglądając się Prewettowi, a potem stanął jak wryty gdy zdał sobie sprawę z tego, że... rzucał na zwierzę jakieś zaklęcie. Białe światło z jego różdżki było jak policzek wymierzony Perseusowi - właśnie tego potrzebował, by się ocknąć z odrętwienia. Podbiegł do niego, na tyle szybko, na ile pozwolił mu stan własnego zdrowia.
— Laurent, zaczekaj! — zawołał, dopadając do Prewetta i zaciskając rękę na jego ramieniu, jakby chciał odsunąć go od foki, ale było za późno. Co to za zaklęcie? Uklęknął obok niego na piasku zrezygnowany.— Dlaczego to zrobiłeś? Wciąż nie wiemy, jakie niebezpieczeństwo nad tobą wisi, a ty jeszcze wystawiasz się w ten sposób... Co jeśli... Co jeśli to byłaby jakaś pułapka? — westchnął smutno, a palce, które wcześniej zacisnęły się na jego ramieniu rozluźniły się i pogładziły je - delikatnie i dyskretnie - zanim szybkim ruchem zabrał rękę i spojrzał na fokę. A właściwie selkie, jak sprostował Laurent po chwili — Postaram się, ale nie wiem, czy nie zrobię jej krzywdy w postaci foki. Czy jest jakiś sposób, aby przywrócić ją do ludzkiej formy?
Tymczasowo zignorował fakt o trytonach i planowanym przewrocie wśród nich - nie znał dobrze tych stworzeń, nie pojmował panujących wśród nich zwyczajów i nie wiedział, jak się z nimi obchodzić. Atak na ludzi? To brzmiało problematycznie, ale miał przed sobą
— Kto z was zna się na kształtowaniu? — odwrócił się w stronę zebranych — Potrzebuję czystych bandaży. Dobrze byłoby znaleźć coś odkażającego i eliksir na wzmocnienie. Ale chyba nikt z was nie nosi przy sobie apteczki?
Sam przeklinał się za to, że jej ze sobą nie zabrał. Nie spodziewał się jednak... No właśnie. Powinien się spodziewać. Może i leczył umysły (choć ze wszystkich na tej przeklętej wysepce, to on wyglądał na tego, kto najbardziej potrzebował pomocy magipsychiatrycznej). Ostrożnie obejrzał rany stworzenia, a potem sięgnął po różdżkę. Ręce mu drżały - nie robił tego... właściwie, od czasu kursów uzdrowicielskich, ale nie miał innego wyjścia.
— Rozmawiaj z nią, Laurent. Spróbuj utrzymać jej uwagę, żeby nie traciła przytomności.
Rzucam na transmutację, żeby zamknąć rozszarpane naczynia krwionośne w najgłębszej ranie (i zatrzymać krwawienie)
Zadrżał, kiedy dno łodzi zaszurało o piasek. Przez moment wydawało mu się, że istota mieszkająca w tych wodach ich zaatakowała, ale Prewett siedział spokojnie, zatem z ulgą doszedł do wniosku, że dobili do brzegu. Tylko jak, u licha wrócą... Później będzie się tym martwił.
Pozwolił się wyprowadzić z łódki. Rozluźnienie, które przez chwilę odczuwał, szybko uległo napięciu, jakie narosło w nim widząc ciemnoczerwone ślady na piasku. Ktoś lub coś się tędy czołgało. Mało tego, ten ktoś lub coś krwawi. A później zobaczyli przed sobą fokę (brwi uniosły się w zdumieniu - była ostatnim, czego Perseus się tutaj spodziewał, bowiem czy foki nie żyją w słonych wodach?), a Laurent rzucił się jej na pomoc. Pośpiesznie ruszył za mężczyzną, nie zważając na ból przeszywający schorowaną nogę i dyskomfort spowodowany zapadaniem się laski w miękki piasek.
Zwolnił, przyglądając się Prewettowi, a potem stanął jak wryty gdy zdał sobie sprawę z tego, że... rzucał na zwierzę jakieś zaklęcie. Białe światło z jego różdżki było jak policzek wymierzony Perseusowi - właśnie tego potrzebował, by się ocknąć z odrętwienia. Podbiegł do niego, na tyle szybko, na ile pozwolił mu stan własnego zdrowia.
— Laurent, zaczekaj! — zawołał, dopadając do Prewetta i zaciskając rękę na jego ramieniu, jakby chciał odsunąć go od foki, ale było za późno. Co to za zaklęcie? Uklęknął obok niego na piasku zrezygnowany.— Dlaczego to zrobiłeś? Wciąż nie wiemy, jakie niebezpieczeństwo nad tobą wisi, a ty jeszcze wystawiasz się w ten sposób... Co jeśli... Co jeśli to byłaby jakaś pułapka? — westchnął smutno, a palce, które wcześniej zacisnęły się na jego ramieniu rozluźniły się i pogładziły je - delikatnie i dyskretnie - zanim szybkim ruchem zabrał rękę i spojrzał na fokę. A właściwie selkie, jak sprostował Laurent po chwili — Postaram się, ale nie wiem, czy nie zrobię jej krzywdy w postaci foki. Czy jest jakiś sposób, aby przywrócić ją do ludzkiej formy?
Tymczasowo zignorował fakt o trytonach i planowanym przewrocie wśród nich - nie znał dobrze tych stworzeń, nie pojmował panujących wśród nich zwyczajów i nie wiedział, jak się z nimi obchodzić. Atak na ludzi? To brzmiało problematycznie, ale miał przed sobą
— Kto z was zna się na kształtowaniu? — odwrócił się w stronę zebranych — Potrzebuję czystych bandaży. Dobrze byłoby znaleźć coś odkażającego i eliksir na wzmocnienie. Ale chyba nikt z was nie nosi przy sobie apteczki?
Sam przeklinał się za to, że jej ze sobą nie zabrał. Nie spodziewał się jednak... No właśnie. Powinien się spodziewać. Może i leczył umysły (choć ze wszystkich na tej przeklętej wysepce, to on wyglądał na tego, kto najbardziej potrzebował pomocy magipsychiatrycznej). Ostrożnie obejrzał rany stworzenia, a potem sięgnął po różdżkę. Ręce mu drżały - nie robił tego... właściwie, od czasu kursów uzdrowicielskich, ale nie miał innego wyjścia.
— Rozmawiaj z nią, Laurent. Spróbuj utrzymać jej uwagę, żeby nie traciła przytomności.
Rzucam na transmutację, żeby zamknąć rozszarpane naczynia krwionośne w najgłębszej ranie (i zatrzymać krwawienie)
Rzut O 1d100 - 35
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut O 1d100 - 50
Slaby sukces...
Slaby sukces...
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory