28.04.2024, 13:13 ✶
- Ogromna różnica? - Wcale nie dostrzegał tej wielkości. - Kłóciłbym się z tym - odparł więc, nie odrywając od niego spojrzenia. - Wizje, które nijak wpływają na żyjące istoty - co nam po nich. Przewidywanie tego, że w lesie spadną drzewa - to dopiero nuda - póki jedno z nich nie spadnie na czyjąś matkę. - Nie żartował, ale też nie życzył nikomu źle - śmierć rodzica była po prostu na tyle intensywnym doświadczeniem, aby dobitnie wyjaśnić, o co mu chodziło - nawet gdyby to działało inaczej, nikogo nie interesowały przypadkowe zdarzenia niezwiązane z głęboką radością lub cierpieniem. - Ale to prawda. Wizje jasnowidzów są tak kłopotliwe i niespójne, ponieważ nie istnieje jedna, stała, z góry napisana nam ścieżka. Tym, co widzimy, są skupiska emocji, to wszystko wynika z tego protego powodu, że... upływ czasu to jedna wielka zagadka. Jego niezmienność jest co najwyżej odczuciem niedoskonałych zmysłów - tak przynajmniej piszą o nim mugole. Można powiedzieć, że to słowa szaleńców, a czas powinien być jednostką stałą, a jednak to im udało się zbudować maszyny realizujące tak dużą ilość obliczeń jednocześnie, abyśmy nie byli w stanie dorównać im żadnym zaklęciem.
To ten moment, w którym wszyscy myśleli, że powinien wreszcie ugryźć się w język? Dolohov znów przekręcił głowę. Nie, Longbottom nie zadawałby tych pytań i nie płynął w rozmowie, gdyby nie chciał usłyszeć o tym, jak działał jego umysł, jakie teorie utkał przez tych czterdzieści lat bycia wieszczem, a on... Lubił mówić. A przy ludziach nie ciągnących go za słowa, nie wplatających pomiędzy wiersze swojego zdania, albo przynajmniej „oh” i „ah”, celebryta czuł się jak przy ludziach słuchających jego, a nie tego, co mówił. Tak, dla niektórych różnica nie istniała, dla niego... owszem.
Był tym naukowcem, który na łożu śmierci powie: umieram, umieram i dalej nie wiem, czym jest wiatr. Ktoś, kto chciałby się z nim nad tym wszystkim porozwodzić był skarbem - diamentem jaki coraz mocniej chciałby wyrwać z dłoni Kanclerza Skarbu. Jasne, mógłby przejechać się znów na jakąś konferencję, ale problem z innymi ludźmi w jego wieku, dzielących z nim pasję do pewnych dziedzin nauk był taki, że każdy z nich pozjadał rozumy wszystkich wokół i miał się za najlepszego. Oni nie dyskutowali swobodnie, oh nie! Oni zastanawiali się pięć lat nad każdym słowem, żeby nie palnąć głupoty, jakiej się im nie zapomni. Zapominali o tym, że żeby coś odkryć... trzeba było eksperymentować, dać się ponieść ryzyku, brodzić w nieznanych sobie wodach - nie pamiętali już przecież czasów, kiedy ich teorii nie uznawano za podstawy współczesnej nauki i nie musieli bronić swych pozycji.
Z takimi ludźmi jak Longbottom było inaczej. On nie miał nic do stracenia. Nie mógł się ośmieszyć. Mógł co najwyżej zabijać autorytet większy od siebie, ale Vasilij Dolohov nie bał się bycia przegadanym. Wzajemne zbijanie sobie argumentów, fale pytań i wątpliwości w żywej rozmowie - nie istniała lepsza metoda stymulacji szalonego umysłu.
To było dodatkowo miłe, bo Erik posiadał śliczne oczy. Tak śliczne, aby wpatrywał się w nie z zadowoleniem, ale jeszcze nie na tyle, żeby zrobił coś bardzo głupiego.
- Tak, wnętrzności, kości. Widzę, że myśli skupiły ci się na najbardziej makabrycznych z opcji. - Nie wiedział do końca dlaczego, bo on sam powiedział to, nie zmierzając wcale w kierunku masakrowania zwłok. - Ja myślałem o tym dowcipnie - o dziedzinach pokrewnych fizjonomice, takich jak rumpologia.
Zaśmiał się pod nosem, kiedy Erik zasugerował, że wieczorna pora miała uratować go przed wezwaniami do Ministerstwa. Pracoholizm rządził się swoimi prawami, zaangażowanie w sprawy Brygady również, a najważniejszym z praw łączących obie te rzeczy, był absolutny brak możliwości przewidzenia tego, kiedy to wezwanie zechce pokrzyżować mu jakiekolwiek plany. No... O ile nie było się jasnowidzem.
Tylko oni i gwiazdy?
- W Londynie nie widać gwiazd - zauważył. - Chyba że policzysz nas dwa razy. - Uśmiechnął się szerzej. - Ale przyjdź. Przekażę mojemu asystentowi, żeby znalazł nam odpowiedni termin i butelkę wina. Kto wie jakie ciekawostki o tobie mogę odkopać kilkoma prostymi obliczeniami... - Niektórzy ludzie lubili zapić związany z tym wstyd. Dolohov wolałby jednak, żeby od tego wina Longbottom przestał zważać na język i dał ponieść się myślom ciążącym gdzieś z tyłu głowy. Nie chodziło o nic zbereźnego, był po prostu ciekawy.
To ten moment, w którym wszyscy myśleli, że powinien wreszcie ugryźć się w język? Dolohov znów przekręcił głowę. Nie, Longbottom nie zadawałby tych pytań i nie płynął w rozmowie, gdyby nie chciał usłyszeć o tym, jak działał jego umysł, jakie teorie utkał przez tych czterdzieści lat bycia wieszczem, a on... Lubił mówić. A przy ludziach nie ciągnących go za słowa, nie wplatających pomiędzy wiersze swojego zdania, albo przynajmniej „oh” i „ah”, celebryta czuł się jak przy ludziach słuchających jego, a nie tego, co mówił. Tak, dla niektórych różnica nie istniała, dla niego... owszem.
Był tym naukowcem, który na łożu śmierci powie: umieram, umieram i dalej nie wiem, czym jest wiatr. Ktoś, kto chciałby się z nim nad tym wszystkim porozwodzić był skarbem - diamentem jaki coraz mocniej chciałby wyrwać z dłoni Kanclerza Skarbu. Jasne, mógłby przejechać się znów na jakąś konferencję, ale problem z innymi ludźmi w jego wieku, dzielących z nim pasję do pewnych dziedzin nauk był taki, że każdy z nich pozjadał rozumy wszystkich wokół i miał się za najlepszego. Oni nie dyskutowali swobodnie, oh nie! Oni zastanawiali się pięć lat nad każdym słowem, żeby nie palnąć głupoty, jakiej się im nie zapomni. Zapominali o tym, że żeby coś odkryć... trzeba było eksperymentować, dać się ponieść ryzyku, brodzić w nieznanych sobie wodach - nie pamiętali już przecież czasów, kiedy ich teorii nie uznawano za podstawy współczesnej nauki i nie musieli bronić swych pozycji.
Z takimi ludźmi jak Longbottom było inaczej. On nie miał nic do stracenia. Nie mógł się ośmieszyć. Mógł co najwyżej zabijać autorytet większy od siebie, ale Vasilij Dolohov nie bał się bycia przegadanym. Wzajemne zbijanie sobie argumentów, fale pytań i wątpliwości w żywej rozmowie - nie istniała lepsza metoda stymulacji szalonego umysłu.
To było dodatkowo miłe, bo Erik posiadał śliczne oczy. Tak śliczne, aby wpatrywał się w nie z zadowoleniem, ale jeszcze nie na tyle, żeby zrobił coś bardzo głupiego.
- Tak, wnętrzności, kości. Widzę, że myśli skupiły ci się na najbardziej makabrycznych z opcji. - Nie wiedział do końca dlaczego, bo on sam powiedział to, nie zmierzając wcale w kierunku masakrowania zwłok. - Ja myślałem o tym dowcipnie - o dziedzinach pokrewnych fizjonomice, takich jak rumpologia.
Zaśmiał się pod nosem, kiedy Erik zasugerował, że wieczorna pora miała uratować go przed wezwaniami do Ministerstwa. Pracoholizm rządził się swoimi prawami, zaangażowanie w sprawy Brygady również, a najważniejszym z praw łączących obie te rzeczy, był absolutny brak możliwości przewidzenia tego, kiedy to wezwanie zechce pokrzyżować mu jakiekolwiek plany. No... O ile nie było się jasnowidzem.
Tylko oni i gwiazdy?
- W Londynie nie widać gwiazd - zauważył. - Chyba że policzysz nas dwa razy. - Uśmiechnął się szerzej. - Ale przyjdź. Przekażę mojemu asystentowi, żeby znalazł nam odpowiedni termin i butelkę wina. Kto wie jakie ciekawostki o tobie mogę odkopać kilkoma prostymi obliczeniami... - Niektórzy ludzie lubili zapić związany z tym wstyd. Dolohov wolałby jednak, żeby od tego wina Longbottom przestał zważać na język i dał ponieść się myślom ciążącym gdzieś z tyłu głowy. Nie chodziło o nic zbereźnego, był po prostu ciekawy.
with all due respect, which is none