Nie zamierzała przejmować dowodzenia, nie miała do tego żadnych ciągot, nie musiała stać z przodu i błyszczeć, choć lubiła być w centrum uwagi. Mogła jednak bez ujmy na honorze czy dumie oddać komuś pole, jeśli wyczuła, że druga osoba ma taką potrzebę. Jednak Isaac chyba lubił przyglądać się z boku, a Ginewra była zwyczajnie ciekawa kilku rzeczy – stąd "zasypała" Morrisa niemalże gradem pytań.
– Na tę opryszczkę proszę sobie kupić maść z odrobiną śluzu toksyczka, powinno pomóc. Natomiast jeśli w szpitalu powiedziano panu, że zejdzie tylko przy odczarowaniu przedmiotu, to powinni pana od razu skierować do lekarza zajmującego się kląwołamaniem, poradziłby sobie z tym bez trudu – powiedziała rzeczowo, sama zaś klątwołamaczem nie była. Podejrzewała jednak, że pana zbyli, bo doskonale wiedzieli że cokolwiek się stało, było to raczej nieszkodliwe, może trafił na jakiegoś stażystę? Nie umiała stwierdzić. Fakt pozostawał jednak taki, że ktoś tu zrobił mu psikusa. Naiwnie zapłacił pieniądze i dostał szmelc, który robił sobie z niego… żarty. Raczej mało szkodliwe, ale jednak uciążliwe. No i jednak doszło do oszustwa, którego ten w porę nie wyczuł. I zachowywał się tak, jakby nadal go nie wyczuwał, albo był na tyle bogaty, że zupełnie go to nie ruszało.
I zniknął, zostawiając ich samych.
Guinevere również spojrzała na Isaaca wymownie.
– Znajomi najczęściej mówią do mnie Ginny, chociaż nie obrażę się też za Ginewrę albo inne zdrobnienia – zaczęła od tego, nie chcąc, żeby te ich rozmowy brzmiały zanadto zdystansowanie. Może i oboje właśnie tutaj pracowali, ale nie musieli dodatkowo rysować wokół siebie takich granic? – Bardzo się zdziwię, jeśli trafi się tu cokolwiek bardziej cennego od kawałka gładkiego meteorytu, który spadł z nieba rok temu – bardzo to spłyciła, ale mniej-więcej tyle uważała o autentyczności i ważności tych wszystkich bibelotów zebranych w skrzyni. – Mogę spróbować, ale nie jestem żadnym wielkim ekspertem od rozproszenia magii – poziomem zatrzymała się na tym, co nauczyła się w szkole – czyli nie było tragicznie, ale nie było to też nic nadzwyczajnego. Lepiej radziła sobie z magią kształtowania czy, zwłaszcza, transmutacji, choć i to mogłoby się tutaj przydać. – Bardzo wątpię, że ten kielich faktycznie jest obłożony klątwą – stwierdziła, jednak póki co chciała spróbować zająć się irytującą nogą od stołu. Wyciągnęła różdżkę, elegancką, z licznymi żłobieniami, które po przyjrzeniu się musiały być jakimiś drobnymi napisami, bo wyryto na niej hieroglify, i skierowała ją właśnie na nogę od stołu. Chciała rzucić kontr-zaklęcie i rozproszyć magię tak, by noga po prostu znowu była nieożywionym kawałkiem drewna. – Trochę przykro tak się wrobić – spojrzała na Isaaca i uśmiechnęła się do niego leciutko. – W razie czego… jestem lekarzem, więc gdyby coś dziwnego miało się stać, to się nie martw.
Rozpraszanie
Slaby sukces...
Akcja nieudana
Akcja nieudana