Każdy miał jakąś pasję. Niektórych interesowała smoki, innych chochliki kornwalijskie, a jeszcze inni byli ponadprzeciętnie zainteresowani zwykłymi mrówkami. Społeczność czarodziejów pełna była ludzi o nietypowych hobby, więc raczej mało kogo zdziwiłoby go, gdyby wyszło na jaw, że wśród elity jest jakiś facet lub babka, która ma prawdziwego hopla na punkcie bobrów. Może chodziło o to, że budują tamy na rzekach i komuś się to wydało mega-super ciekawe? Czasami najprostsze koncepcje potrafiły rozbudzić wyobraźnię człowieka.
— Też mnie to dziwi! Oczywiście, nie trafiłem tam tak oficjalnie. Nie gnębią mnie otwarcie, ale wiem, że tam się na mnie uwzięli! — Gdyby nie leżał, prawdopodobnie wyrzuciłby ręce w powietrze. Musiał się, zamiast tego ograniczyć więc do intensywnej gestykulacji dłońmi. — Najwidoczniej są jednak kobiety, które nie doceniają mnie tak bardzo, jak Ty.
Doprawdy ten stan rzeczy był zadziwiający. Cameron był przyzwyczajony do tego, że jego nieporadność i roztrzepanie pakowały go czasami w kłopoty, jednak zazwyczaj równoważyło to pozytywne podejście do jego osoby. Po prostu niektóre wpadki mu wybaczano, bo wydawał się chwilami po prostu uroczy. O ile akurat nie ciskał przekleństwami na prawo i lewo. A w tym przypadku Florence zdawała się całkowicie na to odporna, jakby ignorowała wszelkie jego atuty, skupiając się tylko na błędach.
— To tylko ciekawość, tak? Nie zostawisz mnie tutaj? — Wlepił w Heather pełne nadziei oczęta, wyraźnie oczekując, że odpędzi ona jego niepewne myśli. Szumiało mu już trochę w głowie, jednak starał się utrzymać w miarę akceptowalny poziom swojej świadomości. — Poza tym na pewno znajdzie się ktoś, kto dokona syranej... — Uniósł palec wskazujący, zauważając swój błąd. — Starannej oceny jego umiejętności. To naprawdę nie musisz być koniecznie Ty, kochanie. Kopnąłby mu za duży zaszczyt.
Wyszczerzył zęby w szelmowskim uśmiechu, wyraźnie zadowolony z tego, jak sprytnie przedstawił swoją opinię. Nie chciał, żeby Ruda się od niego oddalała tego wieczora, więc tym bardziej chciał ją zniechęcić do ucieczki z jakimś kelnerem. Czy w ogóle wiedziała, jak miał na imię? A co by było, gdyby okazał się jakimś Horacym, Edmundem albo Euzebiuszem? Wzdrygnął się, gdy ostatnie z imion rozbrzmiało mu w głowie. W ogóle nie pasowało to do danych osobowych jego przyjaciółki.
— Ostara, Beltane... Jeszcze chwila, a człowiek nie zauważy, jak znowu będzie Yule — mruknął, po czym zaśmiał się cicho, zdając sobie sprawę z tego, że brzmi, jakby miał co najmniej trzydzieści lat więcej, niż w rzeczywistości.
Na wzmiankę o wojnie, spoważniał nieco, taksując Heather nieco zmartwionym spojrzeniem. Nie sądził, że wywlecze tą kwestię akurat dzisiaj, jednak powstrzymał się od próby natychmiastowej zmiany tematu. Nie chciał, aby poczuła się zignorowana, jednak nie chciał też zmieniać tego wieczoru w dyskusję na temat tego, jak bardzo mogą mieć przejebane, jeśli kogoś nagle zaswędzi różdżka.
— Mam wrażenie, że ludziom trochę spowszedniało to poczucie... niepokoju — mruknął, chociaż wiedział, że nie może mówić za wszystkich.
Nie pracował w Ministerstwie Magii, więc nie miał bladego pojęcia, jak się prezentują sprawy z perspektywy rządu czy służb bezpieczeństwa, ale czy z perspektywy szarego obywatela naprawdę tyle się zmieniło w ostatnim czasie? Owszem, kojarzył z gazet informacje o różnych wypadkach, atakach i innych takich. Ba, z paroma miał nawet doświadczenie niemalże z pierwszej ręki, kiedy akurat trafiał na ofiary jakichś incydentów w szpitalu. Ale poza tym?
Może po prostu obracał się w takim, a nie innym towarzystwie, ale miał wrażenie, że ludzie bardzo nie chcą skupiać się na tym, co się może stać. Zamiast tego po prostu robili swoje, a z każdym kolejnym dniem, gdy widmo potencjalnej eskalacji po prostu nad nimi wisiało, przyzwyczajali się do tego. Skoro nic się im personalnie nie stało przez ostatni tydzień czy miesiąc, to może nie ma się czym martwić? Koniec końców część społeczeństwa po prostu zaakceptowała napięcia społeczne jako część codziennego życia.
— Jaka tam wyobraźnia... Doświadczenie. Zdobyte w doborowym towarzystwie, oczywiście — Odchylił dramatycznie głowę w bok, jakby pomimo brawury własnych słów, starał się ukryć swoją zaczerwienioną twarz.