To był fakt – ostatnimi czasy trudno było trafić na nią przypadkowo, bo zwyczajnie nie miała na to czasu, grafik jej dni był zapełniony po brzegi, a gdy nie był, to… szukała informacji o tym, jak odkręcić to bagno i gówno, w które wdepnęła i zanurzyła się aż po samą szyję. A przy tym starała się też robić inne rzeczy, eksplorując wspomnienia babci… bardzo nieprzyjemne wspomnienia, pełne agresji i powolnego zapadania się w zniszczenie i nienawiść. Dodać do tego jej prywatne problemy, ciekawskich dziennikarzy i ilość pracy w… pracy, i nic dziwnego, że nie tak łatwo było ją spotkać ot tak. Ale dla Aidana chciała znaleźć czas, a dla chcącego – pozostawało poruszyć niebo i ziemię, i oto była. Punktualnie.
Dlatego, gdy w oddali zobaczyła Aidana, który już stał w umówionym miejscu i ewidentnie na nią czekał, aż zerknęła na nadgarstek, na delikatną, damską bransoletkę, na której nosiła zegarek – ale nie, nie spóźniła się. To jej drogi kuzyn najzwyczajniej w świecie przyszedł wcześniej. Nie było to nic złego, tylko… po prostu bardzo to było nietypowe dla Aidana.
Sama ubrana była… zwyczajnie – ale zwyczajnie jak na nią. W żadnym razie pretensjonalnie, ale było widać z daleka, że to panna z dobrego domu. Materiał sukienki, która sięgała jej do kolan, nie mógł być tani, prawdopodobnie wyszedł z rąk Rosierów. Utrzymana była w ciemnej barwie, niemalże czarnej, jednak materiał nie był jednolity, a wytłoczono na nim nieco bardziej połyskującą nicią nic konkretnego nieprzypominające esy-floresy, jednak widać to było dopiero, po bliższym przyjrzeniu się. Sama sukienka dość ciasno opinała ją w pasie, uwidaczniając bardzo kobiecą talię, a wąski, trójkątny dekolt schodził nieco niżej, niż by to uchodziło za skromne, ale nadal pozostawało ze smakiem… a przynajmniej Victoria nie zamierzała się tym zanadto przejmować. Nie miała długiego rękawa, więc delikatnie srebrząca się na wierzchu jej lewej dłoni, oraz na przedramieniu, blizna, była dość dobrze widoczna. . Rozpuszczone włosy zaczesała na jedną stronę. Nie, pewnie nie pasowała stylem do swojego kuzyna, ale nie zwracała na to uwagi. Na to, że może nie pasować gdzieś, gdzie ją zabierze, że może się nieco odznaczać czy rzucać w oczy – też nie. Już i tak się rzucała, ludzie często odwracali się za nią na ulicy, a w knajpie pewnie też będą to robić, tym bardziej że łatwiej będzie jej się przyjrzeć, gdy będą gdzieś siedzieć. Ale już jebać to.
– Heej – przywitała się i wyciągnęła do niego ręce, chcąc go przytulić na powitanie. Może i dobrze, że Parkinson miał na sobie tę skórzaną kurtkę, to nie będzie jej trupiego zimna odczuwać aż tak mocno… – Od kiedy ty przychodzisz wcześniej? Wszystko w porządku? – przekrzywiła głowę, przypatrując się Aidanowi, zlustrowała go zresztą od czubka głowy, aż do butów. Nie wyglądał, jakby się coś złego działo… ale może dobrze się maskował? – To gdzie idziemy? – zapytała jeszcze i poprawiła pasek swojej torebki, bo przecież nie ruszyłaby się bez niej, a nosiła tam… jak to baba… pewnie mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Niepotrzebnych do czasu.