29.04.2024, 11:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.05.2024, 00:12 przez Anthony Shafiq.)
Ów wieczór coraz bardziej wypełniał się ironią, czystą złośliwością losu, odwracaniem znaczeń tarotowych kart, zupełnie jakby w całym układzie wszystkie figury zostały ustawione głową w dół. Oto Erik o świcie w najlepszym swoim wydaniu, ruszył ku przeszłości, spodziewając się od drugiej strony zachwytu i żalu za straconym wspólnym czasem. Wychodząc z pozycji siły, utracił ją. Oto Erik o zmierzchu w najgorszym swoim wydaniu, trafił na inny okruch przeszłości, spodziewając się prędzej od drugiej strony przygany i niechęci. Wychodząc z pozycji słabości, cóż... kto wie, może znajdzie z niej wyjście?
Anthony słuchał go z uwagą i obserwował, patrzył na jego przygaszenie, na zaćmienie, które spowijało wspaniałe oblicze solarnego herosa. Chciałbym, żebyś mógł zobaczyć siebie moimi oczami... – przyszło mu na myśl, takie trywialne, oklepane, ale jakże teraz prawdziwe. Nie powiedział tego jednak, bo na moment zapomniał jak się mówi. On, zawsze przygotowany, pewny siebie, z lekceważeniem spoglądający na przeciwności losu. On, trzy kroki przed interlokutorem, w głowie mający opracowane ścieżki rozmowy i bez jasnowidzenia. On, do bólu teraz niepewny, pozbawiony swego oręża, przyłapany w chwili własnej kruchości. Duszno mu było od napięcia, drżał w nieprzyjemnym posmaku utraty kontroli, zwłaszcza teraz, stojąc nagi u progu odrzucenia.
Problem z autentycznością polegał bowiem na tym, że Anthony właśnie taki był, ale może zbyt rzadko dawał to odczuć Erikowi. Sztuka przez dekady była jedyną przestrzenią, gdzie mógł myśleć o własnej sferze uczuciowej. Budował swój wewnętrzny słownik pojęć na dramatycznych figurach retorycznych, pieśniach i sonetach, bezpiecznym miejscu, gdzie można było przeżywać i nie być poddany surowej ocenie środowiska, nie odsłaniać się na potencjalny cios. Z drugiej strony choć to słowo, przynajmniej w normalnych okolicznościach, było pozornie jego najmocniejszą stroną i formą wyrazu, gdy przychodziło do prozy życia to właśnie w czynach upatrywał wyrażanie swojego oddania, okazywanie komuś, jak bardzo mu zależy. W roli opiekuna właśnie, pod płaszczykiem domowego rosołu, ulubionego wina, ekskluzywnych wyjazdów czy przerobienia zarastającej brudem rudery w pałac strachów, był Anthony który kochał bez oczekiwania odpowiedzi. A teraz zdawało się, że Erik nie chce ani piękna jego słów, ani jego troski, lśniących podarków ze smoczego skarbca.
Nie, nie to powiedział – perspektywa obserwatora przyszła do niego w ostatniej chwili, gdy był już zatopiony w łagodnym uścisku, na granicy absolutnego roztrzaskania się o ostrą grań odmowy, gotów kłaść kwiaty na grobie i tak dawno pogrzebanych marzeń. Powiedział tylko tyle, że nie chce niańki. – dodał życzliwy glos, który zapewne gdzieś wewnątrz niego popijał stoicko herbatkę, trzymając filiżankę z najmniejszym paluszkiem ewidentnie i absolutnie snobistycznie wyprostowanym.
Gdy się przytulili, a tęsknota zacisnęła mu gardło, chłonął w ciszy jego ciepło. Po chwili wahania i on położył dłonie na szerokich barkach, symetrycznie rozmasowując je od kręgosłupa, przez łopatki po ramiona, w niemym zaskoczeniu, że brak Erikowi osadzonych w tym miejscu anielskich skrzydeł. Oddychał coraz spokojniej inhalując się ich wzajemnym ciepłem, znajomą, od lat kojącą wonią czerwonego olejku ze smoczego drzewa, którego teraz żywiczna słodycz splatała się z naturalnym zapachem jego gościa. Wróciło do niego to co znajome, to co zachowane w najcenniejszych wspomnieniach, te ciche intymne chwile w hotelowych pokojach, gdy już czyści leżeli w białej pościeli, zmęczeni w końcu własną intensywnością, szukający dla odmiany łagodnego kołysania, dotyku, który nie dawał dreszczy i bólu, a kojącą bezpieczną toń. Oddychał coraz spokojniej, twarz ukrywając w załomie jego szyi, czując pod ustami miarowy puls, czując rozchodzące się rozluźnienie, rozpraszające szarpiące go w ostatnim czasie osamotnienie.
– Tęskniłem za Tobą. – przyznał cicho, destylując wcześniejsze deklaracje do najprostszych słów, jakie udało mu się odnaleźć w okrojonym wzruszeniem i strachem słowniku. Po chwili jednak odsunął się od niego na odległość ramion i zmusił twarz oraz struny głosowe do lekkiego pokpiwania – Przypomnieć Ci co jadłeś na obiad i jaki los spotkał Twój prawy but? Jesteś pewien, że nie potrzebujesz opiekunki? Nie mam aż tak wysokiej godzinowej stawki – dorzucił uszczypliwości dla przełamania niewygodnych dla obu podniosłych tonów, w oczywisty sposób żartując i dając poprowadzić się do stolika gdzie stygł ich posiłek.
Z wózeczka barowego zabrał przy okazji swój talerz z drugą porcją jagnięciny i zgodnie z prośbą zaczął opowiadać. Unikał przy tym tematów związanych z nieoficjalną wojną domową, z problemami, z którymi sam borykał się w związku z rozbuchaną działalnością popleczników Czarnego Pana. Wojna działała dobrze na ekonomię tylko wtedy, gdy trzeba było produkować amunicję i to w dużej ilości. Teraz niestabilność, dodatkowo wzmożona przez okazjonalne ataki na mugolackich zagranicznych emisariuszy, były nader niesprzyjające. Co więcej, Anthony liczył się z tym, że pewnego dnia pojawi się ktoś z jego czystokrwistych przyjaciół składając mu propozycję nie do odrzucenia z której jakoś trzeba będzie wybrnąć. Och, tej rozmowy spodziewał się zdecydowanie bardziej niż znalezienia pewnego wieczoru Erika w swoim ogrodzie. Ale to nie był temat na dziś...
Opowieść więc bardzo szybko zogniskowała się na oderwanej od angielskiej rzeczywistości Kambodży, na osobie tajemniczej księżniczki, która bynajmniej nie pojawiła się z końcówką czerwca na ich spotkaniu, ale ewidentnie odgrywała ważną obecnie w życiu Anthony'ego pozycję mentorską. Shafiq wspomniał też z iskrami w oczach o planowanej za miesiąc wyprawie.
– ...Jestem szalenie ciekaw tego miejsca, nigdy wcześniej nie miałem okazji tam być. Arcymag obiecał mi dostęp do wykopalisk w kompleksie świątynnym, powoli dopinamy listę eliksirów i maści, na które otworzą się nasze rynki zbytu, liczę też na dobry układ jeśli chodzi o kadzidła, choć tu spodziewam się oporu lokalnych producentów – podsumowywał nad talerzem, na którym pozostawały już tylko dwie samotne kostki po combrze. Teraz pozostawały w karcie wino i ciasteczka, choć akurat na te ostatnie miał bardzo ekstrawagancko ochotę w łóżku. Nim jednak się tam przenieśli, dopił swój kieliszek i zapatrzył się na moment w tańczący w kominku płomień.
– To jest takie niesamowite, nie planowałem tego szczerze. Po prostu jak wracałem z pogrzebu brata, zatrzymałem się we Francji, w winnicy. Ostatnio byłem tam – umilkł na moment, jak ryba, która odkryła żyłkę zaczepioną o własną wargę i próbowała właśnie się wyswobodzić, nieświadoma jeszcze, że już podbierana jest siecią ku górze. Westchnął.– ... ostatnio byłem tam z Tobą. Pomyślałem, że kiedy przejdę się trasą naszego spaceru, to poczuje się trochę lepiej. – Ostatnia wspólna delegacja, lipiec dwa lata temu. Nie starczyło mu odwagi wtedy, brakło mu jej i teraz. Nieistotne.
Podniósł się do sekretarzyka, by wyciągnąć drugą butelkę. Nawet jeśli nie dla Erika, to dla siebie. Nie upijał się na smutno, choć wielu tak właśnie zaklasyfikowałoby melancholię. – Spotkałem tam syna arcymaga– wymusił ponownie lżejszy ton, by sprostać oczekiwaniom koktajlowej opowieści, – który właśnie skończył edukację w Beauxbatons. Od słowa do słowa, przyszedł pomysł wspólnego przedsięwzięcia, z łatwością zachwycił mnie cudami tej orientalnej magii i świata, z resztą wiesz, że zawsze lubiłem Azję. To zabawne, cała umowa została tak na prawdę spisana wtedy, w maju, tu na miejscu szlifowane są tylko detale, tłumaczone nazwy, wietnamski jest bardzo niewdzięcznym dla nas językiem. Arcymagowi zależało tylko na tym, by jego córka mogła zobaczyć Wyspy przed oficjalnym podpisaniem porozumienia. Mi zaś zależało na tym, by choć trochę uszczknąć jej wiedzy i umiejętności. Układ doskonały. – Korek wysunął się z głośnym "pop", a mężczyzna odłożył minimalistyczny zestaw do otwierania butelek na powrót na miejsce. Tym razem butelka była inna, nie nosiła znajomej etykiety z trójgłowym smokiem. Jej lak też nie był niebieski, a czerwony.
– Nie wiem, masz ochotę na jeszcze jeden kieliszek? Tym razem hiszpańskie, nowe miejsce, zastanawiam się nad kupnem, ale to dopiero hm.. jako premia po zakończeniu obecnego projektu, na razie i tak nie mogę się zdecydować, mam kilka miejsc na oku, a to jest moja faworytka.– uściślił.
Anthony słuchał go z uwagą i obserwował, patrzył na jego przygaszenie, na zaćmienie, które spowijało wspaniałe oblicze solarnego herosa. Chciałbym, żebyś mógł zobaczyć siebie moimi oczami... – przyszło mu na myśl, takie trywialne, oklepane, ale jakże teraz prawdziwe. Nie powiedział tego jednak, bo na moment zapomniał jak się mówi. On, zawsze przygotowany, pewny siebie, z lekceważeniem spoglądający na przeciwności losu. On, trzy kroki przed interlokutorem, w głowie mający opracowane ścieżki rozmowy i bez jasnowidzenia. On, do bólu teraz niepewny, pozbawiony swego oręża, przyłapany w chwili własnej kruchości. Duszno mu było od napięcia, drżał w nieprzyjemnym posmaku utraty kontroli, zwłaszcza teraz, stojąc nagi u progu odrzucenia.
Problem z autentycznością polegał bowiem na tym, że Anthony właśnie taki był, ale może zbyt rzadko dawał to odczuć Erikowi. Sztuka przez dekady była jedyną przestrzenią, gdzie mógł myśleć o własnej sferze uczuciowej. Budował swój wewnętrzny słownik pojęć na dramatycznych figurach retorycznych, pieśniach i sonetach, bezpiecznym miejscu, gdzie można było przeżywać i nie być poddany surowej ocenie środowiska, nie odsłaniać się na potencjalny cios. Z drugiej strony choć to słowo, przynajmniej w normalnych okolicznościach, było pozornie jego najmocniejszą stroną i formą wyrazu, gdy przychodziło do prozy życia to właśnie w czynach upatrywał wyrażanie swojego oddania, okazywanie komuś, jak bardzo mu zależy. W roli opiekuna właśnie, pod płaszczykiem domowego rosołu, ulubionego wina, ekskluzywnych wyjazdów czy przerobienia zarastającej brudem rudery w pałac strachów, był Anthony który kochał bez oczekiwania odpowiedzi. A teraz zdawało się, że Erik nie chce ani piękna jego słów, ani jego troski, lśniących podarków ze smoczego skarbca.
Nie, nie to powiedział – perspektywa obserwatora przyszła do niego w ostatniej chwili, gdy był już zatopiony w łagodnym uścisku, na granicy absolutnego roztrzaskania się o ostrą grań odmowy, gotów kłaść kwiaty na grobie i tak dawno pogrzebanych marzeń. Powiedział tylko tyle, że nie chce niańki. – dodał życzliwy glos, który zapewne gdzieś wewnątrz niego popijał stoicko herbatkę, trzymając filiżankę z najmniejszym paluszkiem ewidentnie i absolutnie snobistycznie wyprostowanym.
Gdy się przytulili, a tęsknota zacisnęła mu gardło, chłonął w ciszy jego ciepło. Po chwili wahania i on położył dłonie na szerokich barkach, symetrycznie rozmasowując je od kręgosłupa, przez łopatki po ramiona, w niemym zaskoczeniu, że brak Erikowi osadzonych w tym miejscu anielskich skrzydeł. Oddychał coraz spokojniej inhalując się ich wzajemnym ciepłem, znajomą, od lat kojącą wonią czerwonego olejku ze smoczego drzewa, którego teraz żywiczna słodycz splatała się z naturalnym zapachem jego gościa. Wróciło do niego to co znajome, to co zachowane w najcenniejszych wspomnieniach, te ciche intymne chwile w hotelowych pokojach, gdy już czyści leżeli w białej pościeli, zmęczeni w końcu własną intensywnością, szukający dla odmiany łagodnego kołysania, dotyku, który nie dawał dreszczy i bólu, a kojącą bezpieczną toń. Oddychał coraz spokojniej, twarz ukrywając w załomie jego szyi, czując pod ustami miarowy puls, czując rozchodzące się rozluźnienie, rozpraszające szarpiące go w ostatnim czasie osamotnienie.
– Tęskniłem za Tobą. – przyznał cicho, destylując wcześniejsze deklaracje do najprostszych słów, jakie udało mu się odnaleźć w okrojonym wzruszeniem i strachem słowniku. Po chwili jednak odsunął się od niego na odległość ramion i zmusił twarz oraz struny głosowe do lekkiego pokpiwania – Przypomnieć Ci co jadłeś na obiad i jaki los spotkał Twój prawy but? Jesteś pewien, że nie potrzebujesz opiekunki? Nie mam aż tak wysokiej godzinowej stawki – dorzucił uszczypliwości dla przełamania niewygodnych dla obu podniosłych tonów, w oczywisty sposób żartując i dając poprowadzić się do stolika gdzie stygł ich posiłek.
Z wózeczka barowego zabrał przy okazji swój talerz z drugą porcją jagnięciny i zgodnie z prośbą zaczął opowiadać. Unikał przy tym tematów związanych z nieoficjalną wojną domową, z problemami, z którymi sam borykał się w związku z rozbuchaną działalnością popleczników Czarnego Pana. Wojna działała dobrze na ekonomię tylko wtedy, gdy trzeba było produkować amunicję i to w dużej ilości. Teraz niestabilność, dodatkowo wzmożona przez okazjonalne ataki na mugolackich zagranicznych emisariuszy, były nader niesprzyjające. Co więcej, Anthony liczył się z tym, że pewnego dnia pojawi się ktoś z jego czystokrwistych przyjaciół składając mu propozycję nie do odrzucenia z której jakoś trzeba będzie wybrnąć. Och, tej rozmowy spodziewał się zdecydowanie bardziej niż znalezienia pewnego wieczoru Erika w swoim ogrodzie. Ale to nie był temat na dziś...
Opowieść więc bardzo szybko zogniskowała się na oderwanej od angielskiej rzeczywistości Kambodży, na osobie tajemniczej księżniczki, która bynajmniej nie pojawiła się z końcówką czerwca na ich spotkaniu, ale ewidentnie odgrywała ważną obecnie w życiu Anthony'ego pozycję mentorską. Shafiq wspomniał też z iskrami w oczach o planowanej za miesiąc wyprawie.
– ...Jestem szalenie ciekaw tego miejsca, nigdy wcześniej nie miałem okazji tam być. Arcymag obiecał mi dostęp do wykopalisk w kompleksie świątynnym, powoli dopinamy listę eliksirów i maści, na które otworzą się nasze rynki zbytu, liczę też na dobry układ jeśli chodzi o kadzidła, choć tu spodziewam się oporu lokalnych producentów – podsumowywał nad talerzem, na którym pozostawały już tylko dwie samotne kostki po combrze. Teraz pozostawały w karcie wino i ciasteczka, choć akurat na te ostatnie miał bardzo ekstrawagancko ochotę w łóżku. Nim jednak się tam przenieśli, dopił swój kieliszek i zapatrzył się na moment w tańczący w kominku płomień.
– To jest takie niesamowite, nie planowałem tego szczerze. Po prostu jak wracałem z pogrzebu brata, zatrzymałem się we Francji, w winnicy. Ostatnio byłem tam – umilkł na moment, jak ryba, która odkryła żyłkę zaczepioną o własną wargę i próbowała właśnie się wyswobodzić, nieświadoma jeszcze, że już podbierana jest siecią ku górze. Westchnął.– ... ostatnio byłem tam z Tobą. Pomyślałem, że kiedy przejdę się trasą naszego spaceru, to poczuje się trochę lepiej. – Ostatnia wspólna delegacja, lipiec dwa lata temu. Nie starczyło mu odwagi wtedy, brakło mu jej i teraz. Nieistotne.
Podniósł się do sekretarzyka, by wyciągnąć drugą butelkę. Nawet jeśli nie dla Erika, to dla siebie. Nie upijał się na smutno, choć wielu tak właśnie zaklasyfikowałoby melancholię. – Spotkałem tam syna arcymaga– wymusił ponownie lżejszy ton, by sprostać oczekiwaniom koktajlowej opowieści, – który właśnie skończył edukację w Beauxbatons. Od słowa do słowa, przyszedł pomysł wspólnego przedsięwzięcia, z łatwością zachwycił mnie cudami tej orientalnej magii i świata, z resztą wiesz, że zawsze lubiłem Azję. To zabawne, cała umowa została tak na prawdę spisana wtedy, w maju, tu na miejscu szlifowane są tylko detale, tłumaczone nazwy, wietnamski jest bardzo niewdzięcznym dla nas językiem. Arcymagowi zależało tylko na tym, by jego córka mogła zobaczyć Wyspy przed oficjalnym podpisaniem porozumienia. Mi zaś zależało na tym, by choć trochę uszczknąć jej wiedzy i umiejętności. Układ doskonały. – Korek wysunął się z głośnym "pop", a mężczyzna odłożył minimalistyczny zestaw do otwierania butelek na powrót na miejsce. Tym razem butelka była inna, nie nosiła znajomej etykiety z trójgłowym smokiem. Jej lak też nie był niebieski, a czerwony.
– Nie wiem, masz ochotę na jeszcze jeden kieliszek? Tym razem hiszpańskie, nowe miejsce, zastanawiam się nad kupnem, ale to dopiero hm.. jako premia po zakończeniu obecnego projektu, na razie i tak nie mogę się zdecydować, mam kilka miejsc na oku, a to jest moja faworytka.– uściślił.