29.04.2024, 13:39 ✶
Coś mignęło, coś skrzeczało, coś się na dole rozjebywało. Niedobrze, chociaż przecież w Lecznicy Dusz było gorzej. Tym razem jednak nie mogła mieć pewności co jest prawdą co nie, dlatego pojawienie się znajomej twarzy przyjęła z obezwładniającą ulgą.
Zacznijmy od tego, że się urodziłam
Nie nie, to było złe na start. Nie dlatego go wołała prawda? Jeszcze nim odpowiedziała wsunęła mu pod ręce własne ramiona, ciasno się do niego przytulając i chłonąc jego gryzący w nos zapach. Rzeczywistość. Nie był co prawda Alastorem, jego rozedrgany umysł bywał zbyt głośny, zbyt intensywny, w przeciwieństwie do tego aurorskiego chronionego oklumencją, jednak Mildred wystarczyła pewność reality checka, zwidy, które do niej przychodziły nie potrafiły zbyt dobrze w zapachy, w śliską fakturę stroju, w szorstką szczękę.
– Śniło mi się, że umarłam. Utonęłam w stawie który tutaj jest. Chyba. Wpadłam do stawu. Tak. Ale to chyba nie byłam ja, nie wiem no i coś do mnie mówiło w pokoju. Ale nie potrzebuje kadzidełka. Chyba. Choćmy. – nagle przestraszone dziecko, któremu przyśnił się koszmar, zsunęło dłoń na męską dłoń i zamiast domagać się zabrania w bezpieczne miejsce z dużą ilością światła, raźno powróciło do pokoju.
– I chyba na dolnym piętrze był jakiś hałas, ale najpierw rozmówca, co nie? Nie powinniśmy dawać jej czekać.
To mówiąc weszła na powrót do swojej sypialni. Łóżko pozostawało swobodnie rozbebeszone. Jej ubrania leżały pod szafką zgruchmonione, na nich rzucony bezładnie był otwarty szkicownik i porozsypywane węgielki. Gdy znaleźli obraz była bardziej zaskoczona niż przerażona.
– Ło... jesteś... chyba widziałam dzisiaj Twoje zdjęcie w starym albumie. – zmyśliła się, szukając podobieństw, chociaż poza faktem "ej nikt tu nie posprzątał" nie poświęciła mu należytej ilości czasu. – Co masz na myśli mówiąc o złej magii? Wiesz co się działo z właścicielami, którzy kupowali ten dom po Twojej rodzinie? I kto Cię tak załatwił? – z czułością i normalną dla siebie delikatnością pogładziła rany zadane płótnu.
Zacznijmy od tego, że się urodziłam
Nie nie, to było złe na start. Nie dlatego go wołała prawda? Jeszcze nim odpowiedziała wsunęła mu pod ręce własne ramiona, ciasno się do niego przytulając i chłonąc jego gryzący w nos zapach. Rzeczywistość. Nie był co prawda Alastorem, jego rozedrgany umysł bywał zbyt głośny, zbyt intensywny, w przeciwieństwie do tego aurorskiego chronionego oklumencją, jednak Mildred wystarczyła pewność reality checka, zwidy, które do niej przychodziły nie potrafiły zbyt dobrze w zapachy, w śliską fakturę stroju, w szorstką szczękę.
– Śniło mi się, że umarłam. Utonęłam w stawie który tutaj jest. Chyba. Wpadłam do stawu. Tak. Ale to chyba nie byłam ja, nie wiem no i coś do mnie mówiło w pokoju. Ale nie potrzebuje kadzidełka. Chyba. Choćmy. – nagle przestraszone dziecko, któremu przyśnił się koszmar, zsunęło dłoń na męską dłoń i zamiast domagać się zabrania w bezpieczne miejsce z dużą ilością światła, raźno powróciło do pokoju.
– I chyba na dolnym piętrze był jakiś hałas, ale najpierw rozmówca, co nie? Nie powinniśmy dawać jej czekać.
To mówiąc weszła na powrót do swojej sypialni. Łóżko pozostawało swobodnie rozbebeszone. Jej ubrania leżały pod szafką zgruchmonione, na nich rzucony bezładnie był otwarty szkicownik i porozsypywane węgielki. Gdy znaleźli obraz była bardziej zaskoczona niż przerażona.
– Ło... jesteś... chyba widziałam dzisiaj Twoje zdjęcie w starym albumie. – zmyśliła się, szukając podobieństw, chociaż poza faktem "ej nikt tu nie posprzątał" nie poświęciła mu należytej ilości czasu. – Co masz na myśli mówiąc o złej magii? Wiesz co się działo z właścicielami, którzy kupowali ten dom po Twojej rodzinie? I kto Cię tak załatwił? – z czułością i normalną dla siebie delikatnością pogładziła rany zadane płótnu.