29.04.2024, 15:01 ✶
Basilius zaśmiał się krótko, mniej z rozbawienia, a bardziej z załamania tą całą sytuacją.
– Próbowałem. To znaczy, wziąłem raz wolne na wypadek, gdybyśmy coś miało się wydarzyć i… – westchnął cicho. – I wpadłaś na mnie w kasynie. Nie zrozum mnie źle. Cieszę się, że tak wyszło, ale… To nie była normalna sytuacja. – Jasne, zdarzyło mu się zasłabnąć poza domem, ale sytuacja, która doprowadziła do tego wtedy… Wbrew pozorom gigantyczne bójki z zaklęciami nekromantycznymi nie zdarzały się w kasynach, aż tak często.
Skrzywił się na tę sugestię. Grać w Piotrusia. Nie był, aż tak zrozpaczony i pogodzony z bezsensownością życia, by grać w Piotrusia.
Musiał bardzo się pilnować, by na stwierdzenie, że każdy Longbottom nie jest policjantem, nie odpowiedzieć zdziwionym “nie?” Sama Brenna na pewien sposób była ucieleśnieniem wielu stareotypów na temat jej rodziny, o których żartowali Preweci. Z tym, że w przeciwieństwie do tego co zakładało wiele z tych żartów z Brenną dało się spędzić miło czas. Nawet jeśli zamkniętym w izolatce.
Westchnął jedynie, przewrócił oczami i wyciągnął z kieszeni talie kart przeznaczoną do noszenia w służbowej szacie. W płaszczu miał oczywiście drugą. No dobrze, druga i trzecią, ale były ku temu ważne powody.
– Aby było jasne – powiedział wprawnym ruchem dłoni tasując karty, zupełnie jakby było to dla niego coś tak odruchowego, jak oddychanie. – To, że ktoś ma karty i nazywa się Prewett nie znaczy, że jest hazardzista. – On nie był. Po prostu lubiłto ryzyko hazardu. – Jeśli wolisz to możemy zagrać w wojnę. Przegrany musi odpowiedzieć na dowolne pytanie?
Oczywiście wolał grać w pokera, ale trochę głupio było grać z kimś, kto obecnie nawet nie był w stanie poprawnie trzymać swoich kart w dłoni. Wołał jakieś wyzwanie chociażby w postaci potencjalnie dziwnych pytań.
Bez względu na to, w co postanowiła zagrać Brenna, Prewett szybko rozłożył przed nimi karty, do których miał wyjątkową słabość że względu na grafikę, którą zostały ozdobione. Uwielbiał ładne talie, a ta no cóż… Może nie nadawała się do poważnej gry, ale do spokojnej rozgrywki na lunchu z kolegami z pracy, lub dla zabicia czasu, kiedy drzwi izolatki zostały zabarykadowane murem, wydawały się być wręcz idealne.
– Próbowałem. To znaczy, wziąłem raz wolne na wypadek, gdybyśmy coś miało się wydarzyć i… – westchnął cicho. – I wpadłaś na mnie w kasynie. Nie zrozum mnie źle. Cieszę się, że tak wyszło, ale… To nie była normalna sytuacja. – Jasne, zdarzyło mu się zasłabnąć poza domem, ale sytuacja, która doprowadziła do tego wtedy… Wbrew pozorom gigantyczne bójki z zaklęciami nekromantycznymi nie zdarzały się w kasynach, aż tak często.
Skrzywił się na tę sugestię. Grać w Piotrusia. Nie był, aż tak zrozpaczony i pogodzony z bezsensownością życia, by grać w Piotrusia.
Musiał bardzo się pilnować, by na stwierdzenie, że każdy Longbottom nie jest policjantem, nie odpowiedzieć zdziwionym “nie?” Sama Brenna na pewien sposób była ucieleśnieniem wielu stareotypów na temat jej rodziny, o których żartowali Preweci. Z tym, że w przeciwieństwie do tego co zakładało wiele z tych żartów z Brenną dało się spędzić miło czas. Nawet jeśli zamkniętym w izolatce.
Westchnął jedynie, przewrócił oczami i wyciągnął z kieszeni talie kart przeznaczoną do noszenia w służbowej szacie. W płaszczu miał oczywiście drugą. No dobrze, druga i trzecią, ale były ku temu ważne powody.
– Aby było jasne – powiedział wprawnym ruchem dłoni tasując karty, zupełnie jakby było to dla niego coś tak odruchowego, jak oddychanie. – To, że ktoś ma karty i nazywa się Prewett nie znaczy, że jest hazardzista. – On nie był. Po prostu lubiłto ryzyko hazardu. – Jeśli wolisz to możemy zagrać w wojnę. Przegrany musi odpowiedzieć na dowolne pytanie?
Oczywiście wolał grać w pokera, ale trochę głupio było grać z kimś, kto obecnie nawet nie był w stanie poprawnie trzymać swoich kart w dłoni. Wołał jakieś wyzwanie chociażby w postaci potencjalnie dziwnych pytań.
Bez względu na to, w co postanowiła zagrać Brenna, Prewett szybko rozłożył przed nimi karty, do których miał wyjątkową słabość że względu na grafikę, którą zostały ozdobione. Uwielbiał ładne talie, a ta no cóż… Może nie nadawała się do poważnej gry, ale do spokojnej rozgrywki na lunchu z kolegami z pracy, lub dla zabicia czasu, kiedy drzwi izolatki zostały zabarykadowane murem, wydawały się być wręcz idealne.