Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem! Buczało w głowie, a ciało zjadało robactwo. Krew obmywała i powracała do gleby, aby nakarmić ją życiodajnymi składnikami. Był powód, dla którego rzeźnicy mają miękkie dłonie. Nie czuł zupełnie momentu, gdy opadł na miękką trawę. Na kolanach, z widocznymi jedynie białkami, resztką płatków kwiecia we włosach, z twarzą w stronę słońca, wyglądał jak święty podczas objawienia. Krew skapywała mu na koszulę i tak jak kwitło całe Windermere, tak kwitła jego koszula, czerwonymi kameliami,
— Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem! — wykrzyknął, jak echo, krzykiem czystym, co zaskoczyło jego samego. Myślał, że gardło będzie miał rozdarte bzem, witkami brzozy i oplątane wiotkim listowiem płaczących wierzb. Opuścił głowę, równie gwałtownie, dotykając czołem trawy. Kostki jego kręgosłupa wystawały przez cienki len, wskazując dokładnie, gdzie uderzyć, aby przerwać rdzeń kręgowy. Zbudził się z transu, podniósł zdezorientowany wzrok rannego jelenia na resztę. Ujął chusteczkę od Ambrosii, nie wiedząc chwilę, o co jej chodzi, aż poczuł kroplę żelaznej wilgoci na ustach. Wytarł kawałkiem tkaniny nos.
— Pierwszy raz z wizją czy miałeś już wcześniej? — zapytał Leona. Z jasnowidzeniem nigdy nic nie wiadomo. Byli tacy, którzy wypluwali widzenia z siebie, mając grube księgi w Departamencie Tajemnic, z zapiskami ich wizji, byli też tacy, który wypowiadali jedną całe życie i miała ona zmienić bieg historii. On sam uważał, że leży gdzieś pośrodku. — Wypowiedziałem przepowiednię? — zapytał w pierwszej kolejności, podnosząc się z ziemi i nieelegancko otrzepując kolana, na których zostały zielone ślady roślinności. Poszukał wzrokiem Alexandra, sprawdzając czy i on został porażony proroctwem i czy dobrze się trzyma. Nie dojrzał na jego twarzy jednak smug krwi. Może dzięki niciom nie musiał tego przeżywać. Dobrze. Poklepał Leona pocieszająco po ramieniu.
Każdy zasługiwał na troskę i opiekę w swoim życiu, zwłaszcza po wizjach tego kalibru. Gdy Bogowie mówili, świat obecny nie miał znaczenia, a jedynie epifania. W tej chwili wizji czas zmieniał znaczenie. Czas był najwyższym Bogiem. Był wszędzie, lecz swoimi łaskami obdarzał skromnie.
— Widziałem mężczyznę, który był z czegoś zadowolony i las przyjmował mnie w ofierze. A ty, Leonie? — powiedział ogólnikowo, trzymając głowę w dół i tamując krwawienie, a przez to mówiąc śmiesznie. — Mam myślodsiewnię w kabinie, mogę wam pokazać wspomnienie.
Zauważył, że ludzie stronili od tej formy przekazywania informacji, stanowiła raczej tabu. Nie dla niego. Była mu intymna, ale traktował ją trochę jak seks. Bliskość fizyczna, która nie musiała oznaczać emocjonalnej koneksji. Tutaj było mentalne połączenie, spojrzenie na świat dokładnie tak jak on na niego patrzy, jedynie bez wewnętrznego narratora. Kontrolował dokładnie, co im pokazywał.